reklama

Od internetowych poradników na dach Antarktydy. Może być pierwszym Łodzianinem, który zdobędzie Koronę Ziemi [WYWIAD]

Opublikowano:
Autor:

Od internetowych poradników na dach Antarktydy. Może być pierwszym Łodzianinem, który zdobędzie Koronę Ziemi [WYWIAD] - Zdjęcie główne
Autor: Marcin Górecki | Opis: Marcin Górecki i  Magdalena Gąbka w ramach projektu PKO Vinson Challenge 2025/26 zdobyli najwyższy szczyt Antarktydy
Zobacz
galerię
3
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Łódź po godzinachOsiem szczytów Korony Ziemi, ekstremalne mrozy przekraczające -40°C i droga od samouka do doświadczonego alpinisty. Marcin Górecki i  Magdalena Gąbka w ramach projektu PKO Vinson Challenge 2025/26 zdobyli najwyższy szczyt Antarktydy – teraz czeka ich wyprawa na najwyższą górę świata.
reklama

Patryk Kwieciński: Mount Vinson to Pana ósmy szczyt z Korony Ziemi. Czy każda kolejna zdobyta góra daje taką samą radość?

Marcin Górecki: Każdy szczyt przynosi radość. Skoro poświęcamy czas na przygotowania, to jadąc na wyprawę, mamy konkretny cel. Jeśli go osiągamy, zawsze kończy się to uśmiechem i dużą, szczerą, radością, bo założenie zostało zrealizowane.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z Koroną Ziemi?

W Koronie Ziemi jest dziewięć szczytów. Prawdę mówiąc, zaczynając chodzić po górach, nie sądziłem, że będę realizował ten projekt. Łącznie zdobyłem około czterdziestu różnych szczytów rozlokowanych po całym świecie, w tym takie perełki jak najwyższy wulkan Azji Mount Demawend w Iranie, turecką górę Ararat. Wiele z nich leży w Alpach, np. Matterhorn czy Eiger. W pewnym momencie zorientowałem się, że mam na koncie już pięć trofeów z Korony Ziemi. Pomyślałem: „Może by tak zdobyć kolejny?”. I tak doszliśmy do ośmiu szczytów.

reklama

Która góra z Korony była najtrudniejsza do zdobycia?

Z Korony najtrudniejsze było chyba Denali. Ta góra była bardzo wyczerpująca, to tam po raz pierwszy zetknąłem się z tak niskimi temperaturami. W namiocie przed atakiem szczytowym było -37°C i naprawdę to czułem. Pamiętam, że spałem we wszystkich ubraniach, a do tego w śpiworze.

Z kolei teraz na Vinsonie było poniżej -40°C, a mimo to spałem w zasadzie w jednej cienkiej koszulce. Rano obudziłem się i powiedziałem do Magdy: „Magda, jakoś chłodno mi dzisiaj było”. Obiektywnie było więc mroźniej niż na Denali, ale miałem zupełnie inne nastawienie. Uznałem, że musi być zimno, więc z tym nie walczymy, to trzeba po prostu zaakceptować.

Czy Mount Vinson był najtrudniejszą wyprawą pod względem logistycznym?

reklama

W przypadku Vinsona najtrudniejszym zadaniem było zgromadzenie środków na tę wyprawę. To najdroższa góra z Korony Ziemi, samo wejście kosztuje ponad 50 tysięcy dolarów na osobę. Gdy dodamy do tego przeloty i inne wydatki, suma robi się znaczna. Dochodzi do tego specyficzna logistyka - na Antarktydzie działa tylko jedna firma zajmująca się obsługą ekspedycji i każdy, kto planuje atak szczytowy, musi skorzystać z jej usług.

Jak wyglądał przebieg wyprawy?

Vinson nie był najtrudniejszą górą, jaką w życiu zdobyłem. Znacznie bardziej wymęczyłem się na przykład podczas ataku szczytowego na Eigerze. Na Antarktydzie mieliśmy trzy kluczowe etapy podejścia na tę Mount Vinsona. Pierwszy etap to około 800 metrów w górę z Base Campu do Low Campu. To był moment, w którym ciągnęliśmy sanie, ponieważ podejście nie było strome. Po dotarciu do Low Campu zrobiliśmy sobie dzień przerwy na aklimatyzację.

reklama

Po tym czasie kolejne podejście było już bardziej wymagające, bo nachylenie wynosiło między 45 a 60 stopniami. Tego samego dnia doszliśmy do High Campu (jakieś 1100 metrów przewyższenia) i następnego dnia znów odpoczywaliśmy w ramach aklimatyzacji. Następnie odbył się atak szczytowy, który przypominał podejście z drugiego dnia wspinaczki, przy czym mieliśmy do pokonania około 1200 metrów w górę. Momentami było jeszcze stromiej, więc na ostatnich 200 metrach faktycznie czuliśmy, że wysokość daje nam popalić, a zmęczenie daje o sobie znać.

W ubiegłym roku odbyła się próba wejścia na Mount Everest. Niestety nieudana, ale chyba nie powiedział Pan z panią Magdą ostatniego słowa?

Absolutnie nie! Z Everestem wyszło tak, że do momentu tej wyprawy uważałem się za nieśmiertelnego. Nawet gdy byłem chory, nigdy nie odpuszczałem treningów czy biegania. Dni wolnych w całym moim życiu było zaledwie kilka, bo zazwyczaj już następnego dnia wychodziłem z każdej choroby bez problemu.

reklama

Na Evereście sytuacja była jednak inna, chorowało tam mnóstwo osób. W pewnym momencie w Base Campie było aż 450 chorych. Ja nabawiłem się anginy i akurat w samym szczycie choroby pojawiło się „okno pogodowe” na atak szczytowy. Mimo to, będąc na dwóch antybiotykach, ruszyłem w górę. Całe szczęście, że to się w ogóle dobrze skończyło i bezpiecznie zszedłem, bo w szpitalu na dole okazało się, że mam problemy z sercem. Sam do końca w to nie wierzyłem, ale ostatecznie zdiagnozowano u mnie zapalenie mięśnia sercowego.

Po powrocie do Polski, w trakcie dalszej diagnostyki, lekarz powiedział mi: „Panie Marcinie, to koniec z górami i biegami, zostały Panu tylko spacery po lesie”. To był dla mnie szok. Jak się jednak okazało, lekarz bardzo się pomylił i późniejsze badania nie potwierdziły tej diagnozy. Mam po prostu bardzo rozbudowane serce, typowe u wyczynowych sportowców, czego nie wzięto pod uwagę podczas pierwszej oceny. Na szczęście po okresie rekonwalescencji wróciłem do treningów.

Kiedy i skąd wzięła się Pana pasja?

Wszystko zaczęło się w szkole średniej od pierwszych wyjazdów w góry. Od tego momentu regularnie pojawiałem się na szlakach w naszych Tatrach, niemniej jednak zawsze ciągnęło mnie wyżej, dalej i głębiej. Pierwszą wysoką górą, z którą się zmierzyłem, był Mount Blanc w 2012 roku. Moje doświadczenie było wtedy znikome. Gdy teraz patrzę na tamtego Marcina, myślę, że mógł narobić sporo głupot. Całą wiedzę czerpałem z internetu: czytałem poradniki, przytwierdzałem haki w domu i sprawdzałem, jak to działa. Byłem typowym samoukiem.

Skompletowałem grupę i wybraliśmy się na Mount Blanc. Za pierwszym razem, na szczęście, nie weszliśmy. Mówię „na szczęście”, bo trafiliśmy na trudny okres, kalendarzowo było to już lato, ale warunki wciąż panowały zimowe. „Internetowe” doświadczenie nie przełożyło się na praktykę, a pogoda była taka, że nocami dookoła schodziły lawiny. Mieliśmy na szczęście rozbity namiot w bezpiecznym miejscu, ale ta wyprawa postawiła mnie do pionu. Zrozumiałem, że doświadczenie trzeba zdobywać inaczej niż przed ekranem, więc zapisałem się na profesjonalne kursy. Parę miesięcy później wróciliśmy na „Blanka” i go zdobyliśmy.

Trudno jest łączyć życie rodzinne z byciem alpinistą?

Tak, ale po każdej wyprawie staram się później odrabiać u dzieci moją nieobecność. Mam dwójkę dzieci - Ania ma 19 lat, a Tomek 17. Zawsze gdy wyjeżdżam, obiecuję im, że po powrocie tata zrekompensuje ten stracony czas. Wyprawa na Everest była moją najdłuższą, bo nie było mnie w domu prawie dwa miesiące. Po powrocie powiedziałem dzieciom: „Obiecałem, więc jedziemy, gdzie tylko chcecie”. Wybrały Nowy Jork. Nie miałem wyjścia - spakowałem się i poleciałem z nimi do USA.

Dzieci podchodzą do mojej pasji pozytywnie, choć problemem był termin wyprawy na Everest, który pokrył się z maturą Ani. Było mi bardzo przykro, że nie mogę wspierać jej na miejscu podczas egzaminów, ale byliśmy w stałym kontakcie. Na wyprawach mam dostęp do sieci Internet dzięki własnemu zestawowi Starlink, więc zawsze jestem z nimi w kontakcie.

Jest Pan pełnoetatowym alpinistą?

Zdecydowanie nie, góry to wyłącznie hobby. Żałuję, że nie mogę częściej z nich „korzystać”, ale przez lata pracy udało mi się to tak poukładać, że mogę brać dłuższe urlopy na wyjazdy.

Pan jest z Łodzi, pani Magda z Lublina. Jak dwie osoby z różnych stron Polski trafiły na wspólny szlak?

To długa historia. Z Magdą wspinamy się od około pięciu lat i nasza „górska przyjaźń” świetnie się sprawdza. Minęliśmy się jakieś pięć lat temu o około 5 minut na Matterhornie, a poznaliśmy rok później, gdy w osobnych zespołach próbowaliśmy zdobyć Eiger. Ja byłem z Markiem - zgierzaninem, Magda z Grzegorzem. Trafiliśmy na fatalną pogodę i utknęliśmy w schronisku. Okazało się, że są tam inni Polacy, a wśród nich Magda. Zaczęliśmy rozmawiać i szybko znaleźliśmy wspólny język. Właśnie szykowałem się na Islandię, Magda dołączyła do tej wyprawy i wspólnie zdobyliśmy najwyższy szczyt Islandii - Hvannadalshnukur. Sprawdziliśmy się w boju i stwierdziliśmy, że warto planować kolejne cele. I tak od kilku lat razem zdobywamy różne „dziwne” góry.

Czy po zdobyciu Mount Everestu są już nowe plany?

Głowa aż mnie boli od planów! Na pewno nie poprzestaniemy na Evereście, ale teraz musimy się maksymalnie na nim skupić. Przed poprzednią próbą byłem pewny sukcesu, a życie potoczyło się inaczej. Nie chcę więc zapeszać.

Przy okazji serdecznie zapraszam wszystkich czytelników do śledzenia naszych wypraw w mediach społecznościowych.

 

WRÓĆ DO ARTYKUŁU
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
logo