reklama

Z Łodzi po złoto w Meksyku. „Miałem ciarki” – przyznaje łódzki mistrz świata w Socca [WYWIAD]

Opublikowano:
Autor:

Z Łodzi po złoto w Meksyku. „Miałem ciarki” – przyznaje łódzki mistrz świata w Socca [WYWIAD] - Zdjęcie główne
Autor: Kazik Koper//archiwum prywatne | Opis: Polska kadra Socca podbiła Meksyk, a ważną częścią tego sukcesu jest Łodzianin – Paweł Sobczak.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
SportPolska kadra Socca podbiła Meksyk, a ważną częścią tego sukcesu jest Łodzianin – Paweł Sobczak. W szczerej rozmowie zdradza, jak łączy pracę z grą w kadrze, czy na „małej piłce” da się zarobić i jak wyglądało świętowanie mistrzostwa.
reklama

Patryk Kwieciński: Jakie uczucie towarzyszyło Ci wraz z  końcowym gwizdkiem finałowego starcia z Meksykiem?

Paweł Sobczak: Niesamowite, na pewno niespotykane, bo zawsze marzyłem o graniu w piłkę, o Lidze Mistrzów, o wygrywaniu Mistrzostw Świata. No i takie uczucie, jak już sędzia zakończył mecz, jak wbiegliśmy do chłopaków na boisko… no to miałem ciarki. Szok, niedowierzanie w pierwszej chwili, a potem taka euforia, że udało się zrobić coś wielkiego.

PK: Twoja rodzina zadzwoniła od razu po końcowym gwizdku meczu finałowego?

PS: Dostałem tylko wiadomości. Było bardzo późno, bo mecz zaczął się o 2:00 czasu polskiego. Wszyscy szli rano do pracy, wiem, że oglądali, ale dostałem tylko wiadomości, że super, gratulują, że życzą dobrej zabawy i że skontaktujemy się następnego dnia. Wokół ceremonii było też duże zamieszanie i trwało to długo, więc nie było czasu, żeby rozmawiać.

reklama

PK: Czy możesz zdradzić nam, jak wyglądało świętowanie tego mistrzostwa?

PS: Było super. Mieliśmy od strony organizatora zapewnione wejście do chyba jednego z bardziej znanych klubów w Cancún. Było zapewnione wejście, też dostaliśmy coś w rodzaju loży VIP.  Dostaliśmy dwa stoliki, przy których mogliśmy sobie rozmawiać, obserwować to, co się dzieje w klubie, czy potańczyć. Mogę zdradzić, że zabawa była do białego rana.

PK: Mundial trwał od 28 listopada do 8 grudnia. Nie każdy z Was jest związany zawodowo z piłką. To był intensywny czas pod względem fizycznym?

PS: No tak, definitywnie tak, ale tu musimy zrobić ukłon w stronę naszego fizjoterapeuty – Krzyśka Urbaniaka. Śmialiśmy, że tam w jego pokoju jest pożar, bo wszystko naraz - odnowa biologiczna, wanna z zimną wodą. Krzysiu miał pełne ręce roboty pod kątem masażu manualnego, więc chapeau bas dla niego, bo on dbał o to, żebyśmy na każdy mecz byli jak najlepiej przygotowani.

reklama

PK: Taki wyjazd na Mistrzostwa to, poza tymi emocjami sportowymi, jest szansa dla Was na zwiedzenie jakiegoś kraju i poznanie kultury, czy nie ma na to czasu?

PS: Jak najbardziej. Tak się fajnie złożyło, że po pierwszych dwóch meczach grupowych mieliśmy dwa dni wolnego, więc pierwszy dzień od razu poświęciliśmy na zwiedzanie. Byliśmy w ruinach Majów, w cenote Ik Kil i w zabytkowym miasteczku Valladolid. Poza tym, to nawet jak mieliśmy trening po południu, to był czas, żeby rano pojechać chociażby na plażę, skorzystać z pogody i z morza, które jest w Meksyku wybitnie dobre.

PK: Jak wyglądało Twoje wejście do reprezentacji?

PS: Turniej w Meksyku to były moje drugie Mistrzostwa Świata, bo pierwsze były 2,5 roku temu w Essen. W tym roku to był mój comeback do reprezentacji, bo wcześniej troszeczkę zniknąłem ze świata Socca – obowiązki w pracy nie pozwalały mi grać. W tym roku grałem  regularnie w Lidze Fanów i łódzkiej Playarenie. Zaliczyłem dobry występ na Mistrzostwach Polski i w eliminacjach, które trenerzy z kadry zawsze pilnie obserwują. W ten sposób, udało się pojechać do Meksyku.

reklama

PK: Da się porównać poziom trudności tej zwykłej, 11-osobowej piłki do świata Socca?

PS: W ogóle bym nie porównywał piłki 11-osobowej i Socca, bo to są dwie inne dyscypliny. Tak samo jak futsal czy beach soccer, to tak samo to jest oddzielna dyscyplina. Nawet byli piłkarze, tacy jak Błażej Telichowski czy Adrian Mierzejewski, którzy występowali w kadrze Socca mówią, że jest to bardzo duży przeskok i totalnie inna gra.

PK: Wywodzisz się z dużego boiska. Jak wyglądała Twoja kariera w tej dyscyplinie?

PS: Słowo kariera jest na pewno nieadekwatne, bardziej nazwałbym to przygodą. Grałem w Akademii ŁKS Łódź przez sześć lat i później to skończyło się najwyżej na czwartej lidze w różnych klubach, więc można powiedzieć, że przygoda, która nadal trwa, bo staram się grać – jeśli oczywiście mam na to czas – na poziomie łódzkiej okręgówki.

reklama

PK: Jesteś związany zawodowo z futbolem?

PS: Tak, pracuję w Akademii Łódzkiego Klubu Sportowego, w drugiej drużynie jako trener bramkarzy, więc już profesjonalnie zajmuję się piłką. Rezerwy mamy w tym momencie na poziomie drugiej ligi, więc jest to poziom profesjonalny, więc tak, żyję z piłki.

PK: Pomaga Ci to w funkcjonowaniu na boisku? Widzisz coś, czego nie widzą inni bramkarze?

PS: Zdecydowanie tak. Postrzeganie piłki, czy tej dużej, czy Socca, z perspektywy, jak jesteś trenerem, jest inne. Inaczej  postrzegamy to, co się dzieje na boisku. Czasami śmiejemy się, że tak jak w szachach, można przewidzieć kolejny ruch przeciwnika i zareagować w inny sposób, niż on by się tego spodziewał.

PK: Miałeś kiedykolwiek problemy z pracodawcą, żeby pojechać na zgrupowanie? 

PS: Nie, na ten moment nie było żadnych problemów. Akurat teraz trafił się fajny termin, że my praktycznie już kończyliśmy rundę. Nie było mnie tylko na ostatnim meczu ligowym. W poprzednich latach też nie było żadnego problemu. 

PK: A inni zawodnicy kadry mieli takie problemy?

PS: Chłopaki, ci którzy grają w futsalu, to po prostu od klubów dostali wolne. W innych pracach też nie słyszałem, żeby ktoś miał problem. Mieszkałem z Bartkiem Piórkowskim, który jest zawodowym wojskowym. U niego szefostwo armii rozumiało, że jest to ważny turniej, więc dostał urlop. My reprezentujemy kraj, więc uważam, że każdy pracodawca, jeżeli ma pod sobą takiego pracownika, to powinien być z niego dumny.

PK: Czy z Socca da się wyżyć?

PS: Na ten moment w Polsce jeszcze nie, ale zwiększa się zainteresowanie tą dyscypliną, zwłaszcza dzięki temu Mistrzostwu. Myślę, że niektóre ekipy będą znajdowały sponsorów, którzy może za jakieś pojedyncze turnieje czy wyjazdy na jakieś mistrzostwa będą płacili. Kamil Kucharski czy Bartek Dębicki, latali na Icon League do Niemiec, no to za występy tam dostają pieniądze. Medialna otoczka tego turnieju jest duża, jeżeli w Polsce dojdzie do tego też, że zainteresowanie się zwiększy, to wydaje mi się, że z biegiem czasu jakieś pieniądze z tego będą dla zawodników. Jesteśmy teraz Mistrzami Świata, czołową reprezentacją od kilku lat już na świecie, no to Zachód nam pokazuje, że warto w to inwestować, bo to jest super dyscyplina.

PK: Wróćmy do Twojej pracy. Jakie jest Twoje największe marzenie z tym związane?

PS: Takie mam postawione przed sobą cele, że chciałbym dojść na pewno do poziomu Ekstraklasy i być może kiedyś wyjechać za granicę, bo też rynek zagraniczny, europejski, się coraz bardziej otwiera na trenerów z Polski. 

PK: Kiedy był ten taki moment, w którym stwierdziłeś, że w piłce nożnej jako zawodnik już nie zdziałasz za wiele i stwierdziłeś, że zostaniesz trenerem?

PS: Już w liceum, w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Łodzi, w klasie maturalnej, pojawiły się pierwsze plany, że chciałbym być kiedyś trenerem. Pierwsze kroki w tę stronę uczyniłem już, gdy grałem w czwartej lidze. Wtedy zrobiłem pierwszą licencję UEFA. W pewnym momencie, grając u nas w łódzkiej czwartej lidze, to funkcjonowało na zasadzie dorabiania do pracy, no bo musiałem pracować, żeby żyć – piłka była jakimś tam dodatkowym źródłem dochodu. Właśnie wtedy już zrozumiałem, że fajnie będzie pójść w kierunku trenerskim i zrezygnować z piłki. Doszedłem do poziomu, że zostałem trenerem w Akademii ŁKS-u. Wtedy praca w piłce stała się tym podstawowym źródłem dochodu. Wydaje mi się, że nie było jednego kluczowego momentu, bo już od czasów licealnych były pierwsze kroki w stronę wyciszania tej przygody z piłką i powolne przejście na tę stronę trenerską.

PK: A czy myślałeś wtedy, że mimo to zostaniesz Mistrzem Świata?

PS: Definitywnie nie. To znaczy marzenia na pewno były, żeby w tym świecie trenerskim coś osiągnąć, ale na pewno nie to, że jako czynny zawodnik w innej dyscyplinie, jaką jest Socca. Więc to, co udało nam się zrobić w Meksyku, jest spełnieniem najskrytszych marzeń, co było czymś nieosiągalnym.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
logo