Reklama

Reklama

Kto i dlaczego zatrzymał Świat?

Opublikowano: Ostatnia modyfikacja:
Autor:

Kto i dlaczego  zatrzymał Świat? - Zdjęcie główne

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Łódź Koronawirus odmieniany jest w mediach i rządowych komunikatach przez wszystkie przypadki. Niektórzy pytają: Na jak długo świat się zatrzymał?

Kto i dlaczego zatrzymał Świat?

Jednak najciekawsza byłaby odpowiedź na inne pytanie: – Kto i po co zatrzymał świat? Spróbujmy na nie odpowiedzieć.

Koronawirus i teorie spiskowe

Śledząc bieżące informacje na temat rozwoju epidemii możemy czytać o tym, jak się zabezpieczyć przed zarażeniem, co robić, kiedy już tak się stało, analizować sytuację w kraju i poza granicami. Słuchamy kolejnych komunikatów o ofiarach, o rosnącej liczbie zarażonych, o problemach z dostępnością nie tylko testów, ale nawet zwykłych jednorazowych rękawiczek, czy płynów antybakteryjnych. Próżno jednak znaleźć odpowiedź na pytanie podstawowe – kto i dlaczego?

!reklama!

Oczywiście, większość ludzi nie ma czasu się nawet nad tym zastanawiać, podobnie, jak nie zastanawia się nad sensem życia. To przecież sprawy dla filozofów, teologów, czy politologów, a tu rzeczywistość skrzeczy, bo firmę zaraz zamkną, a ktoś z rodziny właśnie trafił na kwarantannę i co będzie dalej, bo przecież raty trzeba płacić, a  strach nawet pójść do hipermarketu…

Jednak w zalewie informacji powtarzanych w kółko pojawiają się czasem tak zwane teorie spiskowe, które mają w prosty i w miarę logiczny, choć nie zawsze oczywisty, sposób wyjaśnić co się właściwie stało i po co… Przyjrzyjmy się kilku z nich.

Koronawirus wymknął się Chińczykom
To jedna z teorii, która dość często powielana w mediach, szybko znalazła swoich wyznawców, no bo to przecież prawdopodobne, że skoro Państwo Środka chce powalczyć o prymat w świecie, to pracuje także nad bronią biologiczną. Coś nie zadziałało, jak należy i wirus się wymknął z laboratorium. Teorię wzmacniały niejako dość szybkie i radykalne działania władz – zamknięcie miasta Wuhan, bezwzględna izolacja podejrzanych o kontakt z zarażonymi, zamknięcie szkół i instytucji publicznych, konieczność uzyskania przepustki nawet na wyjście na zakupy do sąsiedniej dzielnicy (raz na dwa dni i tylko dla jednego członka rodziny). Czyli w pewnych aspektach nawet gorzej niż w stanie wyjątkowym. Czyżby Chińczycy wiedzieli dokładnie z czym mają do czynienia? No, ale jeśli ktoś stworzył takiego „potwora” celowo, to z pewnością ma antidotum. Zawsze przy świadomej robocie tego rodzaju, jak pamiętamy z filmów szpiegowskich, sprawcy posiadają serum, które można podać, żeby nie zabić przypadkiem kogoś, kto umrzeć nie powinien.

Koronawirus, to robota amerykańska
Niektórzy gotowi za tę teorię dać sobie nawet coś obciąć, bo przecież to oczywiste, że skoro największym zagrożeniem dla gospodarki USA jest ich główny wierzyciel, czyli Chiny, osłabienie go w podstępny sposób, bez użycia środków militarnych, czy innych widocznych gołym okiem,  leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Wiadomo, że konsekwencje izolacji Państwa Środka na arenie międzynarodowej, nawet tylko przez krótki czas, musi spowodować gigantyczne straty i negatywnie wpłynąć na jego sytuację ekonomiczną. Do tego dochodzi aspekt psychologiczny, który można sprowadzić do stwierdzenia „nie podskakuj, bo spotka cię coś jeszcze gorszego”. Przestroga, która zostaje wysłana w taki sposób powinna zostać odczytana właściwie także przez inne państwa i schłodzić ich chęć do walki o tytuł hegemona światowego. Wszystko niby prawda, tyle że USA jest już na 3 miejscu w liczbie zakażonych...

Koronawirus, to po prostu nieszczęśliwy wypadek
Tak twierdzą ci, którzy wierzą, że to zupa z nietoperza, albo zjedzenie nietoperza przez węża spowodowało w konsekwencji uwolnienie wirusa zabijającego teraz ludzi, trochę na wzór ptasiej grypy. Oczywiście, biologia jest wciąż nauką otwartą i możliwości mutacji różnych form czy to bakterii, czy wirusów trudno zaprzeczyć. Jednak czy taki scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny?

Koronawirus, to kara za grzechy
„Nie łudźcie się:  Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6,7-8)  - mówi cytat z Listu do Galatów przywoływany czasem przez wypowiadających się na temat epidemii duchownych. Czy rzeczywiście świat doszedł już do punktu, w którym powinien się zatrzymać choć na chwilę, żeby ochłonąć? Czy to może być interwencja Boga? Chrześcijanie podchodzą do takiego spojrzenia całkiem poważnie, choć u wielu osób, zwłaszcza racjonalistów, tego rodzaju myślenie jest nie do przyjęcia. Zwłaszcza, że nie tłumaczy samego mechanizmu powstania tak rozumianej „kary”. Niektórzy katolicy też pewnie, nawet nie negując samej możliwości ukarania świata trochę na wzór biblijnego potopu, podniosą argument, że skoro najbardziej zateizowanym krajem w Europie są Czechy, to dlaczego epidemia rozwinęła się akurat w Italii? Co więcej, mimo ponad 1000 zarażonych, nie było u naszych południowych sąsiadów ani jednej ofiary śmiertelnej, a we Włoszech w tym samym czasie już ponad 6 tysięcy zabitych przez Covid-19 (dziś - 25.03 ponad 7.500). Taka kara, tak blisko Watykanu? Być może…

Koronawirus, to element spisku NWO
Nowy Porządek Świata, czy New World Order, jak w oryginale nazywa się tzw. spisek grupy Bilderberg, ma za zadanie wykreowanie nowego rządu światowego i całkowite podporządkowanie sobie (czyli wąskiej, bezwzględnej grupie finansjery), całego świata i uczynienie z reszty ludzi, pisząc w dużym skrócie, bezwolnych robotów, kontrolowanych w każdym aspekcie ich egzystencji, także pod względem liczebności całej populacji. To właśnie oni sfinansowali operację po to, aby depopulacja przebiegła szybciej, a przy okazji, by uzyskać efekt pełnej kontroli nad społeczeństwami. Idąc od strony ekonomicznej - brak obrotu gotówkowego, całkowita kontrola jednostki przez banki, możliwość odcięcia „niegrzecznych” od systemu („wyłączenie obywatela przez centralę”), poprzez efekty psychologiczne - osłabienie relacji, atomizacja społeczeństw, poczucie beznadziei, itd. To miałaby być taka próba generalna, przed bardziej radykalnymi działaniami (masowe wszczepianie ludziom chipów, wprowadzanie restrykcyjnych przepisów w różnych sferach życia, ścisła kontrola urodzeń, cenzura internetu itd.) Czy to prawdopodobne?

Koronawirus to spisek rządów wielu krajów
Teoria ta zakłada, że politycy w zmowie chcą z jednej strony pozbyć się wszystkich długów wyrywając się ze szponów bankierów i pogrążając wierzycieli, czyli największe konsorcja finansowe, a przy okazji rozwiązać problem ubezpieczeń emerytalnych, bo wirus zabija przecież głównie seniorów.

Za koronawirusem z pewnością stoi George Soros
To on właśnie sfinansował całą operację, aby przeprowadzić depopulację i osiągnąć bliżej nie sprecyzowane cele.

Koronawirus to spisek big pharmy
To koncerny farmaceutyczne zarabiają najwięcej na szczepionkach, więc wywołanie epidemii leży w ich interesie. Przy okazji da się zarobić również na środkach ochrony, maseczkach, żelach antybakteryjnych itd…

Za koronawirusem może stać sam Bill Gates
To teoria, która ma swoich zwolenników, ponieważ faktycznie przeprowadzone zostały symulacje związane z wirusem, który zabija 65 mln ludzi na świecie, do których biznesmen się odnosił w swoich wypowiedziach, a Fundacja Billa i Melindy Gatesów jest jednym z „głównych finansistów” Instytutu Pirbrighta, właściciela patentu wirusa koronowego, który został zarejestrowany w Europejskim Urzędzie Patentowym pod numerem EP3172319A1. Link do opisu tej koncepcji znajduje się tutaj: https://wolnemedia.net/koronawirus-z-wuhan-uzyskal-patent-w-2018-r/  a resztę pozostawiam ocenie czytelników.

Czy coś o kornawirusie  wiemy na pewno?

Zostawmy na razie wszelkie teorie spiskowe i podsumujmy, co wiemy na pewno, a co jest także bardzo prawdopodobne. Jak mówi znane powiedzenie: „Na pewno, to umarł Kopernik”, bo czy coś jest pewnego w tak dynamicznie rozwijającej się sytuacji? Tym nie mniej, po doświadczeniach chińskich, ale też włoskich i ponad 1000 zakażeniach w Polsce, można przynajmniej część informacji uznać za wiarygodną. Naukowcy wciąż intensywnie pracują, ale efekty będą znane najwcześniej za kilka miesięcy, ponieważ każda z hipotez, nawet popartych pierwszymi wynikami, musi zostać potwierdzona przez większą liczbę badań. O wyprodukowaniu szczepionki na razie trudno marzyć, bo to jeszcze dłuższy proces. Do tego szczepionki na grypę (do której koronawirus ponoć jest przynajmniej trochę podobny) mają głównie tę wadę, że są strzałem do tarczy z zawiązanymi oczami. Każdy wirus mutuje i szalenie trudno byłoby wyprodukować szczepionkę dokładnie dopasowaną do jego właściwości. Uzyskuje się często bardzo wysoki procent skuteczności (źródła piszą nawet o 70%). Problem w tym, że stosunkowo długi proces produkcji powoduje, że szczepionka działa na grypę, której już nie ma… a wirus po mutacji wymagałby już innej szczepionki, której wyprodukowanie znów musi potrwać itd. Mimo to, ludzie się na grypę szczepią, a niektórzy nawet sobie to chwalą. Mam świadomość, że za chwilę ktoś wytoczy całą baterię dział pod tytułem, że jak w ogóle można wątpić w skuteczność szczepionek itp., co, jako atak prewencyjny może mieć nawet sens, bo przecież takie preparaty tak, czy inaczej w końcu się pojawią i z pewnością koncerny będą chciały je sprzedać. Myślę, że bez reklamy będą także robiły furorę, bo w końcu nie ma lepszej i tańszej formy promocji, niż marketing oparty na strachu. Czy to etyczne? Bez komentarza.

Wróćmy jednak do faktów. Kiedy piszę te słowa, na świecie jest ponad 450 tyś zainfekowanych osób i ponad 20 tysięcy ofiar, to znaczy pacjentów, którzy nie przeżyli spotkania z wirusem Sars-Cov-2. Geografię choroby Covid-19 pokazuje mapka pod adresem https://coronavirus.jhu.edu/map.html

Zachorowania w poszczególnych krajach

Niby jak grypa, ale nie tylko…

Wiemy, że wirus przenosi się drogą kropelkową, podobnie jak grypa, ale możliwe jest zarażenie się także przez oczy tzn, kiedy wirus, który w powietrzu może utrzymywać się około 30 minut wniknie dalej przez kanał łzowy, który ma połączenie z nosem. Można też, poprzez brak higieny, przenieść go do ust z dłoni. Dlatego tak ważne jest częste, profilaktyczne mycie rąk wodą z detergentem.

Czy faktycznie w powietrzu może przetrwać tylko 30 minut? Ta informacja, która przybyła z Chin nie jest do końca, delikatnie rzecz ujmując, precyzyjna. Otóż, z badań prowadzonych na Princeton University wynika, że koronawirus może utrzymywać się w określonych warunkach w powietrzu nawet ponad 3 godziny, kiedy dochodzi do tzw. aerozolizacji, co może mieć miejsce np. w szpitalach, zwłaszcza w pomieszczeniach gdzie prowadzi się intubację pacjenta, gdyż tam używa się różnych środków wziewnych, a rozpylony w powietrzu preparat może łączyć się z cząsteczkami wirusa (gdyby w pobliżu znalazł się ktoś zakażony). Badanie zostało przeprowadzone właśnie z takim „wirusem w aerozolu”, choć w normalnych warunkach zasięg wirusa rozpylonego poprzez kaszel, czy kichnięcie nie ma identycznych właściwości, bo krople są cięższe i szybko opadają na podłoże.

Z kolei zespół kierowany przez epidemiologa Hu Shixionga z Hunan University opisał sposób transmisji patogenu wśród pacjentów z Hunan, którzy odbywali podróż tym samym autokarem. Wynikało z niego, że wirus w zamkniętym pomieszczeniu przetrwał co najmniej 30 minut. Jeden z pasażerów w trakcie czterogodzinnej jazdy zaraził siedem osób, w tym również takich, które zajmowały miejsca oddalone nawet o 4,5 metra i dosiadały się pół godziny po tym, gdy chory opuścił autokar. Nie podano, niestety, czy pojazd był klimatyzowany, bo to mogłoby mieć wpływ na przemieszczanie się wirusa na odległość ponad 1,5 metra. Badanie prowadzone  na wspomnianym już wyżej Princeton University pokazało też, że dość długo wirus może utrzymywać się na różnych przedmiotach. Do 4 godzin na miedzi, do 24 godzin na tekturze. Zarodek najlepiej przetrwał na plastiku i stali nierdzewnej, zachowując żywotność do 72 godzin, chociaż do tego czasu jego całkowite stężenie znacznie spadło. Okres półtrwania wirusa również był różny na każdej powierzchni; wirus wykazywał okres półtrwania około 0,8 godziny na miedzi, 3,46 godziny na tekturze, 5,6 godziny na stali i 6,8 godziny na plastiku. W płynach ustrojowych wirus może utrzymywać się nawet do 5 dni. Autorzy zastrzegli wprawdzie, że badania prowadzono z innym koronawirusem, choć bardzo podobnym, a powtórzone wyniki mogłyby się nawet dość znacznie różnić od siebie i że „nie wiemy, ile wirusów jest tak naprawdę potrzebnych do zainfekowania człowieka z dużym prawdopodobieństwem, ani też jak łatwo wirus przenosi się na przykład z kartonu na rękę podczas dotykania opakowania”, tym nie mniej sama żywotność koronawirusa może niepokoić.

Terapie i prognozy

Jako, że leku na Covid-19 nie ma i w najbliższym czasie nie będzie, leczenie jest w zasadzie objawowe. Jednak naukowcy z Qingdao University oraz Qingdao Municipal Hospital, analizując działanie podawanych pacjentom leków w trakcie badań klinicznych wskazali kilka substancji, które mogą znacznie łagodzić objawy i przyspieszać powrót do zdrowia. Jedną z substancji jest chlorochina (Arechin), co potwierdza tezę Marca van Rasta, wirologa z uniwersytetu w Leuven (Belgia), który przypomniał, że w trakcie testów w 2004 r. wykazano, iż fosforan chlorochiny może być pomocny w leczeniu SARS (na podst. Puls Medycyny).
Inną substancją może być lek stosowany przy zakażeniach wirusem HIV. Tym nie mniej, nie wygląda to na jakiś przełom w opanowaniu choroby.

Prognozy pesymistyczne mówią, że na Covid-19 zachoruje nawet do 81% populacji, o czym wspomniała sama Angela Merkel. Bardziej „optymistyczna” prognoza profesora Gabriela Leunga, jednego z wiodących epidemiologów, którą się podzielił w wywiadzie dla The Gurdian mówi już „tylko” o 2/3 światowej populacji. Z kolei prof. Christian Drosten z berlińskiej kliniki Charite szacuje, że w samych Niemczech dotknie to 60-70 procent osób. Może jednak rację ma nasz dr med. Paweł Grzesiowski, ekspert w dziedzinie immunologii i terapii zakażeń, który mówi w wywiadzie dla portalu NaszeMiasto.pl o 20-25% populacji.

Jak to się stało?

W jaki sposób wirus się rozprzestrzenił w Italii, gdzie doszło do największej jak już widzimy dziś, liczby zgonów, już wiemy. W regionie Lombardii sytuacja jest krytyczna. Kiedy zachorowało w lutym starsze małżeństwo z Chin w rejonie Spallanzani lekarze twierdzili, że wszystko jest pod kontrolą, a chorzy są w dobrym stanie i przebywają w izolatce. Tymczasem w szpitalu w Codogno, gdzie hospitalizowany był jeden z nosicieli koronawirusa, zakażonych zostało co najmniej pięcioro lekarzy i pielęgniarek. Podobnie zdarzyło się w kilku innych miejscach. Wygląda więc na to, że błędy w diagnozie, kiedy objawy wskazywały na zwykłą grypę i niefrasobliwość w traktowaniu zakazów związanych z kwarantanną, doprowadziła do tragedii. Przecież jeszcze 24 lutego, a więc niecały miesiąc wstecz, zarażonych było we Włoszech tylko 229 osób, z których siedem zmarło. A jednak dziś sytuacja wygląda tam dramatycznie i dziennie umiera już nawet kilkaset osób. Dane są przerażające, gdyż ponad 73000 zarażonych i śmiertelność na poziomie 9%, przekracza większość podobnych wskaźników w innych krajach. Oczywiście, największa liczba przypadków koronawirusa wystąpiła dotychczas w Chinach, ale tam śmiertelność była jednak o ponad połowę niższa. Ponadto zagęszczenie ludności jest nieporównywalnie wyższe. Wszak tylko w Wuhan mieszka 11 mln ludzi, a w całej Lombardii 9,6 mln. Wydaje się, że w tej sytuacji główną rolę odegrał czas, który upłynął od pierwszych zakażeń do jakiejkolwiek bardziej zdecydowanej reakcji rządu i chyba jednak właśnie brak odpowiedzialności samych mieszkańców. Wiemy, że można do tego dopisać jeszcze brak sprzętu medycznego i właściwej infrastruktury, która byłaby dostosowana do tak szybko rosnącej liczby chorych z powikłaniami. Te wynikają w dużej mierze z faktu iż wśród zarażonych znalazło się bardzo dużo osób w podeszłym wieku.

Trzy modele walki z koronawirusem

Obserwując sytuację w poszczególnych krajach, można wyróżnić kilka modeli walki z koronawirusem. Czy podejście do zagadnienia w sposób naukowy ma sens? Oczywiście, tyle tylko, że jak to zwykle bywa, są co najmniej dwie „szkoły” – owtocka i falenicka? Nie tym razem! Tutaj mamy przynajmniej trzy - chińska,  południowo-koreańska i brytyjska. Choć podobna filozofia jak w Korei przyświecała też decydentom na Tajwanie, choć to niby też Chiny, ale jeszcze nie całkiem…

Koronawirus po chińsku
W modelu chińskim zastosowano od początku „zamordyzm” charakterystyczny dla państw o totalitarnej proweniencji. Zamknięto szkoły i wszystko co się da zamknąć, wprowadzono zakaz wychodzenia z domu, restrykcje w transporcie i komunikacji, a potencjalnych zarażonych badano robiąc szczegółowy wywiad, zaś przy dusznościach, przy pomocy tomografii komputerowej. Jeden tomograf w skróconej procedurze skanowania (5-10 minut) obsługiwał nawet do 200 pacjentów dziennie. Zmiany w płucach, które mogły być spowodowane przez Covid-19, potwierdzane były testem CPR. Wynik testu znany był po około 4 godzinach. W ten sposób, chociaż na początku w Wuhan mijało około 15 dni od zachorowania do hospitalizacji, to udało się skrócić ten czas do dwóch dni - licząc od pierwszych objawów do izolacji. Oczywiście, z pewnością miał znaczenie fakt, że społeczeństwo chińskie jest bardziej zdyscyplinowane i prawdopodobnie przypadki łamania zakazów były incydentem, a nie normą, jak we Włoszech, czy Hiszpanii. W samym Wuhan wybudowano w ciągu kilku tygodni 11 szpitali polowych z pełnym wyposażeniem (z których 8 ponoć już zostało rozebranych). To pokazuje, jak bardzo rząd był zdeterminowany, ale też jak trafnie ocenił przeciwnika, z którym walczy.

Koronawirus po koreańsku
W Korei Południowej (podobnie na Tajwanie i w Singapurze), przyjęto za normę masowe testy. Zatem u każdego „podejrzanego”, przeprowadzano test (średnio 20 tyś. testów dziennie). Było to możliwe, ponieważ utworzono sieć 96 publicznych i prywatnych laboratoriów, wykonujących za darmo testy na terenie całego kraju. Kwarantannie poddawane były wyłącznie osoby z wykrytym patogenem. Natomiast chociaż zamknięto szkoły, nie wprowadzono ograniczeń w transporcie i komunikacji. Każdy pracownik wchodząc do firmy (zwłaszcza w przypadku zakładów produkcyjnych) miał na bramce mierzoną temperaturę. Podwyższona od razu eliminowała możliwość rozpoczęcia pracy. W ten, wydawałoby się tak banalny, sposób wychwycono wiele potencjalnych zakażeń i ochroniono innych pracowników. Aż dziw, że  w Polsce wprowadzono to dość późno. Termometr elektroniczny kosztuje kilkanaście złotych, a pomiar trwa około 3 sekund wraz ze sprawdzeniem wyniku. Można? Można!

Korea ma już w tej materii pewne cenne doświadczenia, ponieważ kilka lat temu (2015) pojawiły się tam zakażenia wywołane przez wirusa MERS (zespół niewydolności oddechowej Bliskiego Wschodu). Zmarło wówczas 36 osób. Opracowano po tym strategię, która na dziś wydaje się dość skuteczna, bo choć zmarło dotąd ponad 100 osób przy blisko 9 tysiącach zarażonych, to wyzdrowiało ponad 15 tyś. chorych, a miejsce Korei w rankingu liczby zakażeń na świecie systematycznie się obniża.

Koronawirus nad Tamizą
Brytyjski model walki z koronawirusem wielu osobom może wydawać się kuriozalny. Tym nie mniej, Premier Boris Johnson podkreśla, że postępowanie ma pełne podstawy naukowe i oparte jest na bardzo przemyślanych modelach i symulacjach. Otóż, założono, że lepiej będzie, kiedy społeczeństwo na wyspach po prostu przechoruje zakażenie koronawirusem, podobnie jak to ma miejsce w przypadku grypy. W ten sposób, choć nieuchronnie musi się wiązać także z ofiarami (o czym już mówi się nieco mniej), to obywatele Zjednoczonego Królestwa nabiorą odporności, a sama liczba zakażonych wirusem zamiast długo pełzać,  osiągnie szybko moment kulminacji i zacznie równie gwałtownie spadać. W ten sposób zostaną „upieczone na ruszcie” dwie pieczenie, ponieważ prócz zwiększenia odporności społeczeństwa przy okazji nie ucierpi też gospodarka brytyjska, a już na pewno nie w takim stopniu, jak to się dzieje w wielu innych krajach. Zalecano jedynie pozostawanie w domach przez siedem dni osobom, które mają podwyższoną temperaturę i kaszel.  Testy wykonywane są jedynie osobom, które mają kłopot z oddychaniem.

Komentatorzy są na ogół zgodni, że Pan Premier zalicytował dość wysoko i może się okazać dość szybko, że jednak przelicytował. Obawę, pomijając ewentualne błędy w ocenie wszelkich innych aspektów tego modelu, budzi przede wszystkim realna możliwość hospitalizacji chorych na Covid-19 z powikłaniami. Po tym, co się dzieje już teraz we Włoszech, jasno widać, że żaden system, bez dodatkowych inwestycji i szybkiej budowy szpitali polowych, nie wytrzyma takich obciążeń. Jaki będzie ostateczny efekt nie wiadomo, ponieważ sytuacja jest dynamiczna, a rząd już wycofał się z kilku postanowień. W poniedziałek zalecił np. wydłużenie pobytu w domu przez chorych do 14 dni oraz unikanie kontaktu z innymi ludźmi, zwłaszcza przez osoby starsze i chore. Od 23 marca zostały zamknięte szkoły. Wydaje się, że zamknięcie granic jest tylko kwestią czasu. Rząd zapowiedział też wprowadzenie specjalnej ustawy, może się więc okazać, że model brytyjski przestanie wkrótce istnieć.

Polska poszła środkiem…

Polski model, to brak modelu, można by w skrócie ocenić dotychczasową walkę z koronawirusem. Niby z jednej strony pojawiły się restrykcje, a od trzech dni mamy stan epidemii, z drugiej zaś nie dotyczą Polaków takie obostrzenia, jak np. we Francji, gdzie wprowadzono niedawno konieczność pisemnego uzasadnienia powodu wyjścia z domu. Ma to przeciwdziałać gromadzeniu się ludzi na skwerach i w parkach, zwłaszcza w czasie dobrej pogody. U nas zamknięto granice, a przed weekendem wprowadzono restrykcje dla osób objętych kwarantanną i surowe kary (nawet 30 tyś złotych), a więc sporo, ale komunikacja publiczna, choć nie specjalnie oblegana, działa nadal, a ludzie spacerowali bez ograniczeń. Na rynku przy Wodnej, który odwiedziłem o 10-ej w sobotę, ruch był chyba nawet większy niż zwykle, a podejrzewam, że im bliżej południa tym gęstniał jeszcze bardziej. Oczywiście, niektórzy w maseczkach, z zachowaniem metra odległości, czasem w jednorazowych rękawiczkach, ale inni z kolei, jakby zupełnie nic się nie zmieniło… Kolejne restrykcje dotyczące zgromadzeń (do dwóch osób) nie spowodują, że takie miejsca przestaną być oblegane. Przed piekarnią, podobnie jak przed apteką, gdzie można wchodzić pojedynczo, ustawia się kolejka. Czy tam jest metr odległości pomiędzy stojącymi? Wygląda to bardzo różnie...


Tymczasem na przykład w Hiszpanii już samo wyjście z domu bez uzasadnienia kosztuje 500 Euro. Jeśli ktoś ma psa, to jest szczęśliwy, bo ma szansę na legalny spacer. Żartowałem, że w Polsce taki zakaz i tak by nie przeszedł, bo ludzie wychodziliby z samą smyczą i mówili, że pies się gdzieś właśnie zapodział. Wiadomo, Polak potrafi… Tak całkiem serio, to patrząc na postępy epidemii w Italii czy w Hiszpanii właśnie, można się realnie obawiać, że czeka nas dokładnie to samo. Niewydolna służba zdrowia, braki personelu medycznego niemal na wszystkich stanowiskach. Do tego jeszcze:

Testy dla wybrańców
Kilka dni temu Minister Zdrowia pochwalił się, że wykonano ich „już ponad 50 tyś”. Teraz (25.03) jest to ponoć około 200 tyś. Można to nadal traktować w kategoriach ponurego żartu. Po pierwsze, nie „już”, tylko „dopiero”, a po drugie, jak w tej sytuacji robiąc dobrą minę, do złej gry, udawać, że wszystko jest pod kontrolą? Przecież właśnie doświadczenia Chin i Korei pokazały, że właśnie testy są jednym z głównych elementów zabezpieczającym populację przed szybkim rozwojem zakażeń. W Hiszpanii takich testów było ponad 350 tyś, a widzimy, że to wciąż za mało, bo chorych przybywa tam w zastraszającym tempie.

W jaki sposób ludzie mają ocenić sami, czy są już zakażeni, czy nie? Czy katar i stan podgorączkowy, to już symptomy koronawirusa, czy muszą pojawić się duszności? A jeśli się pojawią, a pacjent zdążył już zarazić w firmie 40 czy 100 osób, to cóż z tego, że go teraz dopiero zaczniemy „testować”? Przecież katar może być spowodowany zmianą temperatur na zewnątrz (wracając z dworu często zdarza nam się wycierać nos), albo też zwykłym przeziębieniem. Zwolnienia „na katar” lekarze zwykle nie dają, a trudno samowolnie opuszczać miejsce pracy, bo nam się coś wydaje…. Kichnięcie nie musi wcale rozsiewać wirusa (kiedyś mówiono nawet „na zdrowie”, co teraz może być odebrane, jako słaby żart). Jednak, co tu narzekać na niedostateczną ilość testów, kiedy brakuje też wielu innych rzeczy, jak choćby jednorazowych rękawiczek, płynów antybakteryjnych (czy Orlen nas obroni?) itd., itp.

Stan wyjątkowy, którego nie ma…

Obserwując działania rządu można mieć bardzo różną ich ocenę, bo na przykład zwolennicy zamykania granic przed wirusem powinni być usatysfakcjonowani, choć malkontenci powiedzą, że zbyt późno. Z kolei z drugiej strony, widać jakąś niekonsekwencję. W trybie „nocnym” uchwalono spec-ustawę, która dała szereg uprawnień nie tylko rządowi, ale też np., Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu i jego służbom. Czy została przyjęta „na wszelki wypadek”, czy też zostanie w pełni wykorzystana, oczywiście teraz, a nie kiedyś...?

Przeciwnicy powiedzą, że ta ustawa ma na celu głównie zabezpieczyć kraj przed koniecznością wprowadzenia stanu wyjątkowego. No, bo obecnie niby ten stan już jest, ale formalnie go nie ma, a więc nie trzeba przesuwać daty wyborów prezydenckich, a to może mieć dla formacji rządzącej istotne znaczenie. Wiadomo, że epidemia ma prawo skończyć się różnie i to nie tylko z punktu widzenia bilansu ofiar, ale też sytuacji gospodarczej, która może po pół roku wyglądać, oględnie pisząc, nie specjalnie dobrze. O ile teraz notowania rządu nawet nieco wzrosły, a Pan Prezydent na pierwszej linii frontu w oczywisty sposób prowadzi już od dawna swoją kampanię, choć wpisuje się ona doskonale w działania „antywirusowe”, o tyle pozostali kandydaci mają problem, zwłaszcza ci, których media głównego nurtu nie kochają. Pozostał im tylko internet, a więc praktycznie grupa wyborców 65+ w dużej mierze dla nich już nie istnieje. Przy niskiej frekwencji i silnej mobilizacji elektoratu możliwe by było pewnie w maju zwycięstwo urzędującego Prezydenta, może nawet w pierwszej turze. Tymczasem do jesieni formacja rządząca ma szansę się dość mocno „zużyć”, a po normalnej, pełnowymiarowej kampanii punktującej wszystkie błędy, zwycięstwo może być już niemożliwe nawet w turze drugiej. To oczywiście tylko spekulacje, bo przecież miłościwie nam panujący rząd nigdy by się do takiej nikczemności nie posunął i jeśli z różnych przyczyn będzie trzeba (a niemal na pewno będzie trzeba), to i wybory da się przesunąć, i wypłatę 13 emerytury też…

Wróćmy jednak do tytułowego pytania. Znamy sytuację w Europie i na świecie. Mniej więcej wiemy, jak groźny jest wirus i jak rozwija się epidemia w różnych krajach. Czemu zatem nikt nie pyta:

Kto i po co zatrzymał świat?

Jakoś tak się stało, że w mediach dyskusja zeszła kilka pięter niżej. Ludzie zajmują się swoim zdrowiem, zabezpieczeniem materialnym, troską o bliskich i o ewentualną utratę pracy, czasem martwią się wzrostem cen, czy brakiem możliwości wyjazdów za granicę. To wszystko jest ważne, ale czy nie jest znacznie ważniejsze pytanie o to, kto i dlaczego nam to zrobił? Przecież ktoś powinien za to zapłacić, prawda? Jeśli odpowiada za to konkretne państwo, przyjmijmy na razie dla uproszczenia, że wersja o chińskim laboratorium jest uprawniona, to czyż światu nie należy się jakieś zadośćuczynienie? Oczywiście, życia przywrócić się nikomu tutaj nie da, ale straty finansowe mżna z pewnością obliczyć, a w skali świata będą one gigantyczne. Czy zatem nie jest istotne, kto za to odpowiada? Naprawdę nie da się tego zbadać? Jeśli tego się nie dowiemy, być może czeka nas powtórka? Pytania wyglądają na retoryczne, ale stawiam je celowo, bo mam w tej kwestii także swoją własną teorię.

Otóż, gdyby najwięksi tego świata mieli zamiar nam o tym opowiedzieć, już dawno by to zrobili. To nie jest tak, że służby specjalne przestały działać, czy to w Chinach, czy w innych ważnych z politycznego i gospodarczego punktu widzenia miejscach globu i nikt nie potrafi uzyskać informacji, co, i komu wyciekło z laboratorium. Dotarcie do osób, które zostały zakażone jako pierwsze, prawdopodobnie również nie byłoby aż tak trudne, o ile jeszcze żyją. Chyba że…

To był wyciek kontrolowany
Jeśli w trakcie śledztwa zadajemy sobie pytanie „Kto zabił?”, to nie tylko intuicja, ale też elementarna logika podpowiada, że najczęściej zabójcą jest ten, kto miał motyw. A kto miał motyw? Ten, kto mógł odnieść korzyść. Zatem idąc dalej, spytam: „Kto miał korzyść, albo kto będzie miał korzyść z tego, że ktoś wyciągnął światu wtyczkę z kontaktu?”

Kiedy przyjrzymy się uważnie całej sytuacji wyłączając, na tyle, na ile to możliwe, emocje, zauważymy, że dziwnym trafem koronawirus pojawił się akurat teraz. Sceptyk powie, że nie ma dobrego momentu i że to przypadek. Czy aby na pewno? Jeśli tak, to może też przypadkiem jest, że nigdy w historii nie było tak długiej hossy na giełdzie (choć spore spadki w międzyczasie oczywiście miały miejsce), a eksperci co najmniej od ponad pół roku mówili, że balon wkrótce pęknie.

Czy przypadkiem pojawiały się zwiastuny nadchodzącej recesji np. odwrócona krzywa dochodowości, ponad połowa długu korporacyjnego na rynku amerykańskim posiadała tzw. rating BBB, czyli prawie „śmieciowy”, itd?

Przypadkiem też w ostatnim czasie zrezygnowało ze swoich stanowisk kilkunastu menedżerów największych korporacji?
Przypadkiem styczeń – luty, a często także marzec, to czas, gdy w Wuhan, ale też w większości krajów Europy i części USA temperatury wahają się pomiędzy kilka, a maksimum kilkanaście stopni Celsjusza (średnia około 8), czyli najlepsze (według naukowców) warunki dla zakażeń wirusem.

A może również przypadkiem niepokojące sygnały dochodziły z gospodarek japońskiej, chińskiej i niemieckiej?
Przypadkiem też od jakiegoś czasu mówiło się coraz głośniej (także w Polsce) o konieczności całkowitej rezygnacji z obrotu gotówkowego?

Czy nie zbyt wiele tych przypadków?

Warto pewnie również przytoczyć słowa naszego Premiera, które wypowiedział, chyba nie przez przypadek, w jednym z wywiadów: „Nic tak nie redukuje oczekiwań ludzi jak wojna”.

Wojny wprawdzie na razie nie mamy, ale w obecnej sytuacji wszyscy z ulgą przyjmą zakończenie walki z epidemią i z dużym zrozumieniem także podejdą do obniżenia standardu życia spowodowanego recesją. A banki? No, cóż. Banki właśnie będą spokojnie mogły zacząć od nowa, a w zasadzie nadal kontynuować drenaż naszych kieszeni. Dojdzie do sporej dewaluacji, zwłaszcza na rynku „walut egzotycznych”, do których niestety złotówka obok innych z koszyka środkowo-europejskiego, wciąż należy. Zresztą ten proces już obserwujemy.

Czeka nas też być może kolejny gigantyczny dodruk pieniądza choć, jak twierdzi popularny ekspert Trader21 (polecam ten wywiad), wcale nie musi on spowodować olbrzymiej inflacji. Przy okazji kilka(naście) państw powiększy całkiem bezkarnie swoje dziury budżetowe, a UE przymknie na to oko, wszak to przecież sytuacja całkiem wyjątkowa. Proszę zwrócić uwagę, że nasz rodzimy rząd właśnie obchodzi konstytucję, żeby dodrukować około 130 mld złotych, które będą potrzebne dla ratowania gospodarki. Unia milczy, zresztą opozycja również, a przecież powinna krzyczeć Kon-sty-tu-cja! Formalnie jednak wszystko będzie ok, gdyż operacja zostaje „ukryta” pod hasłem wykupu obligacji i emisji pieniądza na ich wykup. Analityk Banku Śląskiego – Rafał Benecki w wywiadzie dla Business Insider mówił tak:

- NBP zapowiedział i rozpoczął strukturalne operacje otwartego rynku, nie nazywa tego ilościowym luzowaniem (QE), bo jest to niedopuszczalne, ale de facto kupuje obligacje rządowe z rynku wtórnego. W ten sposób stabilizuje rynek obligacji rządowych i zapobiega jego załamaniu pod wpływem ogromnego wzrostu podaży. (…) - Nastąpi przejściowa kreacja pieniądza, zwiększenie bilansu - NBP nie chce tego tak nazywać, bo budżet za kilka lat odda te pieniądze, jak zapadną obligacje. Przy takim szoku gospodarczym, to nie będzie miało zresztą wpływu inflacyjnego. Doświadczenie z innych krajów wskazuje, że inflacja nie wzrosła, chociaż kraje, które robiły ilościowe luzowanie miały zwykle większe problemy strukturalne ze wzrostem gospodarczym - dodaje Rafał Benecki.

Operacja taka nie jest nowa, gdyż „drukarzami” były już Japonia, Szwajcaria, Fed w USA, czy Europejski Bank Centralny, ale także Bank Anglii. Zresztą Prezydent Trump zapowiedział, że zrobi to ponownie, co może okazać się jedynym rozsądnym wyjściem, bo przecena akcji na NYSE sięgnie prawdopodobnie tej z lat 70-ch ubiegłego stulecia. EBC pewnie za chwilę również uruchomi druk i to 24/7, bo trzeba będzie ratować tonące Włochy i Hiszpanię, a kogo jeszcze, to się okaże pewnie za dwa, trzy miesiące.

Te działania, oczywiście będą miały istotny wpływ na życie przeciętnego Kowalskiego, który zapłaci za wszystko drożej, ponieważ sprzedawcy szybko ocenią inflację rzeczywistą i potrafią ją odróżnić od tej oficjalnie podawanej przez GUS. Ponadto skończy się zapewne „rynek pracownika”, a bezrobocie może skoczyć nawet o kilka procent w górę, co, jak mówi w polecanym wyżej wywiadzie Trader21, nie będzie jeszcze żadną tragedią. Globalnie być może nie, ale dla wielu rodzin przełoży się to na konieczność rezygnacji z wielu planów, albo znaczne przesunięcie ich w czasie, nawet o kilka lat, a często będzie związane z dużym stresem spowodowanym koniecznością ponownego wejścia na rynek pracy, już ze znacznie niższymi oczekiwaniami.

Można też przewidywać olbrzymie zyski, liczone zapewne w miliardach dolarów, dla koncernów farmaceutycznych, które pod koniec roku będą sprzedawać szczepionkę.

Rządy wprowadziły zmiany w prawie, które pozwolą, kolokwialnie pisząc, „wziąć obywateli za twarz”, a na ograniczenia wolności nawet nikt szczególnie nie będzie kwękał, bo to przecież wszystko dla naszego dobra, prawda?

Czy to odpowiada na postawione pytanie: Kto wyłączył świat? Z pewnością nie do końca. Sprawcy za rękę nikt nie chwycił, aczkolwiek są też inne fakty, które moim zdaniem dość dobrze wpisują się w ogólną histerię spowodowaną koronawirusem. Histerię, dodatkowo nakręcaną zresztą przez media. Czy aby na pewno mamy do czynienia z pandemią?

Pandemia, czy prowokacja?

Według raportu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa (RCB), na przełomie 2018 i 2019 roku na popularną grypę zachorowało w Polsce niecałe 3,4 mln osób. Cytat:

„(…)w sezonie grypowym 2018/2019, w okresie od 1 września 2018 r. do 15 marca 2019 r., zanotowano łącznie 3 337 044 zgłoszeń przypadków zachorowań lub podejrzeń zachorowań na grypę i zachorowania grypopodobne. (…) W sezonie epidemicznym grypy w Polsce od 1 września 2018 r. do 15 marca 2019 r. zmarło 108 osób, u których stwierdzono obecność wirusa grypy na podstawie badań wykonanych metodą RT-PCR. Obecnie sytuacja epidemiologiczna nie stwarza podstaw do prowadzenia zaostrzonego nadzoru epidemiologicznego grypy, ani do ogłoszenia specjalnego alertu przeciwepidemicznego.”

Koniec cytatu. O ile przy grypie śmiertelność wynosi obecnie średnio mniej niż 0,4 %, o tyle koronawirus na razie osiąga prawie 4,4%. Jednak to tylko pół prawdy, a może nawet jeszcze mniej. Dlaczego? Ponieważ w tej chwili dysponujemy jedynie wynikami cząstkowymi, które pokazują mocno wykrzywiony obraz. Rzeczywista liczba osób zarażonych nie jest znana, ponieważ brakuje testów i to nie tylko w Polsce. Można zakładać, że wiele osób w ogóle nie zostało jeszcze zdiagnozowanych. Jeśli u większości młodych ludzi choroba Covid-19 przebiega łagodnie, może zostać potraktowana podobnie do zwykłej grypy i w ogóle nie zostanie ujęta w statystykach. Z kolei statystyki zwykłej grypy są prawdopodobnie zaniżone już choćby z bardzo prostej przyczyny. Otóż, kiedy chory, starszy człowiek umiera w domu, przeważnie nie wykonuje się sekcji zwłok, a jeśli pacjent nie był hospitalizowany, nie pobrano też próbek w kierunku stwierdzenia wirusa. W karcie zgonu zostaje jako przyczyna śmierci podana np. „niewydolność krążeniowa” i choć przyczyną pierwotną była grypa, to nie ma na to żadnych statystycznych dowodów. Już choćby z tego względu oficjalnie podawane dane (od 0,01 do 0,5%) można między bajki włożyć. A czy od wszystkich hospitalizowanych pacjentów pobiera się próbki? No, właśnie…

A gdyby tak prześledzić dane z kilkunastu tylko krajów świata, to choć wyniki śmiertelności na grypę mieszczą się w np. w USA czy we Włoszech w granicach, od 0,1 do 0,25%, czyli średnio umiera 1-2 osoby na tysiąc, to w liczbach bezwzględnych już w samych Stanach było w ubiegłym sezonie ponad 34 tyś zgonów. Jednak bardzo pomyli się ktoś, kto uzna, że w takim razie koronawirus jest 20 do 44 razy bardziej groźny od zwykłej grypy. Aby takie twierdzenie obalić zacytuję co powiedział w  wywiadzie dla „New York Times” dr Bruce Aylward, wysłannik WHO - ekspert, który ma trzydziestoletnie doświadczenie w zwalczaniu polio, gorączki krwotocznej ebola i innych globalnych zagrożeń dla zdrowia:

– Nie ma dowodów na to, że widzimy tylko wierzchołek wielkiej góry lodowej, z której dziewięć dziesiątych to przypadki, które wyłącznie przenoszą wirusa – powiedział. – Rzeczywisty wskaźnik śmiertelności jest prawdopodobnie taki, jaki wynosi poza prowincją Hubei, gdzieś pomiędzy 1 a 2 procentami. (…) Z punktu widzenia krajów, które wzrost zachorowań mają dopiero przed sobą, najważniejsze jest to, że nawet 80 proc. wszystkich klastrów to rodziny. Choć były przypadki, gdy wirus był przekazywany w szpitalach, więzieniach czy nawet restauracjach, to najbliższe kontakty przesądzają o transmisji. Druga informacja – tylko u 5 do 15 procent bliskich kontaktów zakażonego rozwija się choroba. Sukces w zwalczaniu epidemii sprowadza się więc do szybkiej izolacji domowników i ustalenia wszystkich kontaktów z ostatnich kilkudziesięciu godzin.

Proszę przeczytać jeszcze raz uważnie przedostatnie zdanie. Ile zatem osób musi zostać zakażonych, aby rozwinęła się choroba Covid-19? Od 7 do 20 osób! A to może oznaczać, że faktyczna śmiertelność jest nawet kilkadziesiąt razy niższa, bo przecież umierają tylko osoby z poważnymi powikłaniami, a prawdopodobnie wielu zarażonych może potraktować kaszel i katar, jako zwykłe przeziębienie, na czym się skończy, ponieważ ich system odpornościowy jest silniejszy od wirusa. Oczywiście, malkontenci zaprotestują, że jeśli już choroba się zacznie, to będzie się rozwijać intensywnie. Tego jednak nie wiemy. Co więcej, nawet się nie dowiemy ile osób faktycznie zostało zarażonych, skoro wirusa nie widać, a ludzie nie będą mieli napadów duszności,  może to zostać potraktowane jako zwykła grypa. Czytamy już w prasie o przypadkach, kiedy zamiast testów proponuje się pacjentom kwarantannę. Niektórzy po prostu w ogóle nie pojawią się u lekarza i przechorują w domu pozostając poza statystyką. Ile takich osób jest dziś? Tego też nie wiemy. Nie wiemy nawet, czy to z czym mieliśmy do czynienia w Chinach i we Włoszech, to aby na pewno dokładnie ten sam wirus? Czy na pewno używa się zamiennie nazwy 2019-nCoV i Sars-Conv-2, czy może jednak są już jakieś różnice?

Świata chyba jednak nie da się całkowicie wyłączyć 

Reasumując, dobrze jest podejmować racjonalne decyzje w oparciu o wiedzę i doświadczenie nie tylko medyczne, ale też życiowe. Czy mamy do czynienia z pandemią? Według WHO tak, ale należy pamiętać, że pandemia ogłaszana była już w znacznie łagodniejszych przypadkach, trudno zatem dociec, jakie są prawdziwe kryteria przy podejmowaniu takich decyzji.

Czy wirus jest groźny? Z pewnością może być nawet bardzo groźny, skoro umiera w jednym kraju kilkaset osób dziennie.

Czy należy się obawiać? Jeśli zastosujemy zalecane środki higieny i ograniczymy kontakty do niezbędnego minimum, prawdopodobnie nie. Trudno zakładać, że ktoś wiedząc o zakażeniu będzie celowo zarażał innych, ale nie da się ryzyka uniknąć całkowicie. Dlaczego? Ponieważ wirus nie zginie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczywiście, prawdopodobnie wraz ze wzrostem temperatury jego aktywność (choć to nie jest przesądzone) może osłabnąć, ale trzeba mieć świadomość, że odwołanie alarmu także nie zagwarantuje, że nie będzie jakiegoś kolejnego rzutu. Przecież epidemia w Chinach wprawdzie wygasa, we Włoszech jest już, jak się wydaje, w szczytowej fazie, ale w wielu krajach dopiero się zaczyna, a więc nikt nam nie da gwarancji, że przybysz z Kirgistanu, czy Jamajki nie przywiezie nam za dwa, trzy miesiące wirusa ponownie, zupełnie o tym nie wiedząc, a będą już wtedy działać różne przybytki kultury, rozrywki i sportu, a więc…

Pomiędzy beztroską, a histerią jest jeszcze cała gama zachowań racjonalnych. Akcja #Zostańwdomu ma swój urok, ale z pewnością nie dla tych, którzy po prostu muszą pójść do pracy, bo z domu wykonać się jej nie da. Czy mają z tego powodu unikać komunikacji miejskiej, albo podejrzliwie patrzeć na każdego przechodnia sięgającego po chusteczkę do nosa? Bądźmy rozsądni i nie dajmy się wyłączyć całkowicie. Dużo zdrowia, także psychicznego, życzę.

 

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

Lubisz newsy na naszym portalu? Załóż bezpłatne konto, aby czytać ekskluzywne materiały z Łodzi i okolic.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy