Reklama

Reklama

Lekarstwo gorsze od choroby

Opublikowano: pt, 10 kwi 2020 22:16
Autor:

Lekarstwo gorsze od choroby - Zdjęcie główne

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Łódź Kiedy słyszę, że ktoś, kto łamie  zakazy w trakcie epidemii, narusza 5 przykazanie, to pytam, ile przykazań złamał w takim razie nasz miłościwie nam panujący Rząd i inni przedstawiciele władz? Jednak nie to jest najgorsze...

Reklama

Ten lek ma wyjątkowo gorzki smak

Lekarstwa przeważnie smaczne nie są, ale nikt się tym nie przejmuje, o ile są skuteczne. Wydaje się, że ten jest wyjątkowo podły i to pod każdym względem, a gigantyczna manipulacja, o której pisałem tydzień temu, ma coraz mocniejsze podstawy. Histeria trwa i nie ma nadziei, że skończy się szybko...

!reklama!

Nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe, chciałoby się powiedzieć, kiedy widzimy, że nie wszystkich obowiązują zakazy, ale jak w Folwarku zwierzęcym Orwella, są równi i równiejsi. Tylko, że to w gruncie rzeczy najmniej istotny szczegół, bo wspomnianego autora i to skrzyżowanego z Fanciszkiem Kawką oraz Monty Pythonem mamy już znacznie częściej, żeby nie powiedzieć, na co dzień. Czy stoją za tym twarde dane?

Rozrzut statystyk zachorowań jest porażający

Jeżeli ktoś wychodzi z domu, żeby pójść do sklepu, do kościoła, czy na spacer, raczej nie łamie niczego, no chyba, że się przewróci… Trudno wymagać od ludzi, żeby zamknęli się w domu całkowicie. Do czego miałoby to doprowadzić? Oczywiście, jeśli ktoś wymyka się w czasie odbywanej kwarantanny, o chorym nie wspominając, to z pewnością naraża siebie i innych. Jednak nie można popadać w paranoję. Minister Zdrowia twierdzi, że to dla naszego bezpieczeństwa. Tylko, co wyjście do pustego jeszcze o tej porze lasu, ma wspólnego z zagrożeniem koronawirusem? Spotkamy tam zainfekowanego wściekłego nietoperza, który będzie nas atakował? Przecież to kompletny nonsens. W jaki sposób Polacy mają zachować zdrowie, jeśli każe im się siedzieć z innymi osobami w zamkniętych pomieszczeniach i kiedy doskonale wiadomo, że np. witamina D w naturalny sposób bez słońca w organizmie się nie pojawi. Jeżeli mamy być bardziej odporni na infekcje, to z pewnością siedzenie w zamknięciu do tego nie prowadzi. Jak na razie nikt nie udowodnił, że obecny koronawirus jest bardziej groźny od wielu innych wirusów, które zabijają pewną liczbę ludzi na świecie każdego roku. Wszystko, co słyszymy, opiera  się jedynie na domysłach, a jeśli porównamy wyniki, które są przecież dostępne dla wszystkich, na stronie coronavirus.jhu.edu, to bardzo trudno znaleźć nie tylko jakąś ścisłą korelację, ale nawet przybliżoną, pomiędzy liczbą zarażonych, a liczbą zgonów. W USA jest to poniżej 4%, we Włoszech prawie 13%, w Hiszpanii 10%, a w Niemczech 2,1% - żeby wymienić tylko kraje z pierwszej czwórki. W Polsce 3%, ale w Australii i w Izraelu zaledwie nieco ponad 9 promili, a w Katarze 2 promile. U naszego południowego sąsiada, na Słowacji tylko niecałe 3 promile, a w Nowej Zelandii 1,5 promila. Czy coś z tego wynika? Jeśli we Francji przy prawie 120 tyś zarażonych mamy ponad 12 tyś zgonów, a w Niemczech dla liczby zarażonych tylko o niecały tysiąc mniejszej, ofiar jest mniej aż pięciokrotnie, to jak można zestawiać w sposób poważny wyniki i wyciągać daleko idące wnioski. Co więcej, nawet trudno znaleźć korelację pomiędzy liczbą zarażonych a stosowaniem restrykcji.

Czy restrykcje mają pozytywny skutek?

W Szwecji najpierw nie było żadnych ograniczeń, potem wprowadzono zakaz zgromadzeń powyżej 50 osób, ale dzieci w szkole, biznes się kręci, restauracje otwarte, za to duży nacisk położony na ochronę osób starszych. Przeciwnicy takiego, logicznego zresztą, rozwiązania powiedzą, że porażka, bo 9% zarażonych zmarło, prawda? No, właśnie że nie prawda, bo to tylko to, co widać w statystyce przetestowanych, o czym piszę także w dalszej części tekstu. We Francji mimo zakazów, podobnie jak w Hiszpanii, w porównaniu ze Szwecją, jest można by rzec, katastrofa.

Ważny nie tylko sposób liczenia

Tym nie miej widać pewne prawidłowości i to nie tylko ze względu na sposób prowadzenia statystyk, czyli podejścia do rejestracji faktycznych przyczyn zgonów. Otóż, wydaje się, że na liczbę zgonów ma z jednej strony struktura społeczna, w tym zwłaszcza liczba osób starszych (choć akurat to nie tłumaczyłoby aż tak wysokiej różnicy np. między Francją a Niemcami), ale faza, w jakiej dany kraj się znajduje, tzn. kiedy pojawiły się pierwsze zakażenia i jaka była ich skala oraz z jak dużą populacją i zagęszczeniem ludności mamy do czynienia. Do tego na pewno istotna jest liczba wykonanych testów na 100 tyś. mieszkańców. Testy, o czym niżej, nie są doskonałe i nie dają też czytelnej odpowiedzi, czy ktoś na pewno zakażony nie jest (to zależy m.in. od tego, kiedy test przeprowadzono), ale przede wszystkim, bardzo trudno określić faktyczną śmiertelność jeśli nie zna się rzeczywistej liczby zakażonych, a można zakładać, że tej liczby w poszczególnych krajach nie poznamy nigdy. Dlaczego? Ponieważ, jak już pisałem w pierwszym tekście „Kto zatrzymał Świat”, tylko 5 do 15% zakażonych osób zachoruje, a przecież nie wykonuje się (prócz określonych wskazań – np. lekarze, personel medyczny), testów osobom bez żadnych objawów lub oczywistego kontaktu z zakażonymi. Zatem ktoś, kto został zarażony, a nie zachoruje, może nawet o tym nie wiedzieć, a jeśli wystąpi u niego część objawów (np. kaszel, bóle mięśniowe), a inne nie, potraktuje to jak przeziębienie i nigdy nie zostanie ujęty w statystykach. Takich osób mogą być tysiące. Być może sytuacja się zmieni o tyle, że ponieważ sami zaczęliśmy produkować testy, będzie można ich wykonać znacznie więcej. Tylko, że to nadal nie da nam odpowiedzi na pytanie o liczbę zarażonych.

Czy poligon doświadczalny pokazał prawdę?

Być może odpowiedzią, jak rzeczywiście groźny jest koronawirus Sars-CoV-2 są wyniki, jakie zanotowano na statku wycieczkowym Diamond Princess, który w drugiej połowie stycznia wyruszył z Jokohamy i przybił z powrotem do portu 3 lutego. Świat śledził wówczas rozwój epidemii w warunkach, może nie idealnych, ale jednak swego rodzaju laboratorium, ponieważ gdy stwierdzono u jednego z pasażerów, 80-letniego obywatele Chin, obecność koronawirusa, wysadzono go na ląd, a pozostałych „wycieczkowiczów” zatrzymano na statku aby przeszli kwarantannę. Wśród 3711 osób  pasażerów i członków załogi - znajdujących się początkowo na Diamond Princess potwierdzono dotąd 712 przypadków koronawirusa. Zmarło 11 osób, 619 do tej pory wyzdrowiało. Jeśli dobrze liczę, to śmiertelność wyniosła 1,5%, a zarażonych zostało 19% pasażerów obecnych na statku. Abstrahuję od dyskusji, czy kwarantanna na statku, w bardzo różnych warunkach, kajutach w zależności od klasy, czasem o powierzchni niewielkiej celi, miała sens i czy izolowanie zarażonych coś faktycznie mogło dać, zwłaszcza gdy powietrze znajdowało się po części w obiegu zamkniętym (sale, jadalnie, obiekty rekreacji itd.), więc nie wiadomo jak długo wirus całkiem swobodnie hulał sobie po statku. Tym nie mniej, jeśli odnieść liczbę ofiar do wszystkich pasażerów i załogi, to stanowiła ona niecałe 3 promile. I to w warunkach, w których o odległości 1,5 metra lub więcej od drugiej osoby, można było sobie tylko pomarzyć…

Dlatego też warto zwrócić uwagę na to co mówi znakomity biolog, wspomniany w poprzednim artykule „Gigantyczna manipulacja” – dr Wolfgang Wodarg, którego wywiad dwa tygodnie wstecz, dla Narodowego Instytutu Studiów Strategicznych przetłumaczył Marek Wolski z Kolonii. Na stwierdzenie dziennikarki, która prowadziła rozmowę, że szpitale są przepełnione padło pytanie:

Dr WodargA gdzie są te przepełnione szpitale?

Red.: No, we Włoszech na przykład ….

Dr Wodarg: Czyli tam gdzie wybuchła panika, gdzie dokonywano testów … tak … we Włoszech, to czytałem w Der Tagesspiegel … tam jest takie badanie, gdzie w 104 przypadkach śmiertelnych przyjrzano się na co te osoby były dodatkowo chore i te osoby miały przynajmniej dwie lub trzy inne ciężkie choroby, które mogły spowodować zgon. Tam wykryto dodatkowo koronavirus, ponoć miano testować także już zmarłych, więc nie ma się co dziwić … w sezonie grypowym, gdy się wie … że te 5 do 15 % przypadków z potwierdzonym coronawirusem odchodzi … to można wyjść z założenia, że tak jest co roku …

Red.: … tak jest każdego roku?

Dr Wodarg: … tzn. także w tym roku możemy się spodziewać, że w przypadku ok. 10% pacjentów z nagłą infekcją dróg oddechowych, że znajdziemy tam  też koronawirusy….

Dr Wodarg powiedział też, że wiele zależy od metodologii i miejsca prowadzenia badań. Inaczej wyglądać będzie sytuacja, kiedy zbadamy losowo ludzi, którzy nie mają żadnych objawów, inaczej jeśli przebadamy tych z różnymi problemami z oddychaniem, a jeszcze inaczej, kiedy zrobimy badania u osób, które już nie radzą sobie bez pomocy lekarskiej. Całkowicie różny wynik może być gdyby przeprowadzić takie testy w szpitalu, gdyż śmiertelność nawet tylko przy zapaleniu płuc wynosi standardowo 20-30%, a z pewnością może być wyższy, zwłaszcza kiedy mamy do czynienia z osobami starszymi obciążonymi też innymi schorzeniami.

Rozmowa przeprowadzona została jeszcze kiedy we Włoszech było nieco powyżej tysiąca ofiar. Teraz jest ich niemal 19 razy więcej, co nie zmienia faktu, że wciąż są to w znakomitej większości osoby starsze ponad 76% osoby powyżej 70 roku życia. Gdy spojrzymy na cytowane poprzednio statystyki śmiertelności w Europie na stronie euromomo.eu, to zobaczymy, że istnieje piramidalna wręcz różnica pomiędzy przedziałem 15-64 lata, a 65+. Łatwo stwierdzić patrząc na poniższe wykresy, że w pierwszej grupie (przypomnijmy, że to dane tygodniowe, a więc te numerki obok roku oznaczają numer tygodnia – ostatni miał nr 13), nawet w niewielkim stopniu nie odpowiada podobnym okresom z lat poprzednich. Jedynie w Belgii i po części w Wielkiej Brytanii, zbliżyły się dane, ale z ubiegłego tygodnia, do tych z lat 2018 i 2017, przy czym jak widać, nawet we Włoszech w tej grupie wiekowej znalazły się one „w odwrocie”, to znaczy wykresy wychylone są w dół. To wygląda diametralnie inaczej, gdy spojrzymy na grupę 65+, ponieważ tutaj Belgia, Francja, Włochy i Hiszpania wyrównują już prawie dane z lat 2018-19, ale do tych z lat wcześniejszych jeszcze trochę brakuje. Jeżeli nawet to się zmieni i punkty szczytowe zostaną nieznacznie przebite, nie będzie to wcale oznaczało jakiejś wielkiej zmiany jakościowej, bo jak widzimy, te odchylenia rok do roku mogą być czasem bardzo duże. Poniżej fragmenty tabel dla śmiertelności 65+ oraz dla przedziału wieku 15-64.:
Śmiertelność w Europie - osoby 65 plus

Dane śmiertelności dla grupy wiekowej 15-64:

Śmiertelność w Europie 15-64

Kompletne dane można zobaczyć na stronie euromomo.eu. Poniżej jeszcze grafika dla całej Europy.:
Śmiertelność w Europie

Piąte – Nie zabijaj!

Wracając zatem do 5-ego przykazania, czyli „nie zabijaj”, może warto zwrócić uwagę, że nowe regulacje polegają na tym, że obecnie Rząd, zamiast chronić starsze osoby, zaczął wysyłać je do sklepów. Wprawdzie w godzinach 10-12, które zostały zarezerwowane na wyłączność dla tej grupy wiekowej, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie jest akcja, która pomoże emerytom uniknąć zakażenia. Dlaczego? Wspomniałem, o tym, że wg niektórych naukowców zasięg wirusa jest znacznie większy (nawet do 8 metrów) oraz, że może się w pewnych warunkach utrzymać w powietrzu nawet wiele godzin. Ale nawet gdyby oprzeć się o dane potwierdzone i przyjęte, także w Polsce, to może oznaczać, że jeśli jakiś klient kichnie około 9.45, to senior wchodząc do sklepu 30 minut później jest wciąż realnie narażony na zakażenie (gdy wirus pozostaje w powietrzu do 30 minut). Jeśli utrzyma się dłużej, to wszyscy którzy wejdą do sklepu przed 12-ą mogą zostać zarażeni. Zresztą później też, ale w większości nie będą już w grupie podwyższonego ryzyka. Czy nie lepiej dostarczyć seniorom zakupy pod drzwi i nie fatygować ich w tym czasie? A może to kolejny bonus? Było 500+, 300+, więc nadszedł czas na 65+… W obecnej sytuacji budżetowej może mieć to nawet głęboki sens...

Dość sarkazmów, idźmy dalej. W cytowanej rozmowie dr Wodarg odniósł się jeszcze do kwestii pandemii i testów.:

Red.: Rozumiem, czyli właściwie dziś też nie mamy klasycznej pandemii według starej definicji, tylko według nowej i WHO o takiej dziś mówi?

Dr Wodarg: Tak, w zależności jak zdefiniujemy pandemię, to możemy ją mieć lub też nie i właściwie mamy permanentną pandemię, gdyż dziś wirusy rozprzestrzeniają się cały czas globalnie. Jednak jak się spytamy, czy jakieś poważne zachorowanie grasuje globalnie, nie regionalnie, albowiem taka jest różnica między pandemią a epidemią, to musimy zaprzeczyć. Nie ma zwiększonej ilości zgonów spowodowanych grypowymi powikłaniami wirusów w okresie zimowym, a jedynie tam gdzie używa się testów Drosten’a …

Red.: … szefa Wirusologii Kliniki Charitee w Berlinie?

Dr Wodarg: Tak, którego test się utrwalił i jest w użyciu, pomimo, iż nie uzyskał zatwierdzenia przez federalny nadzór, potwierdzający skuteczność tego testu. Czyli żaden nadrzędny urząd nie przyjrzał się krytycznie temu testowi i nie ocenił, czy rzeczywiście ten test mierzy to co obiecuje. Nikt nie zadał niewygodnych pytań i nie prześwietlono go na tyle, aby oficjalnie zatwierdzić tę metodę. To jest właściwie wewnętrzny test kliniki Charitee, który p. Drosten wynalazł i zgłosił w WHO, za której pośrednictwem trafił do Chin i tam znalazł zastosowanie …
Pełny tekst wywiadu znajduje się na tej stronie.

Zatem pandemię można, przynajmniej na razie, między bajki włożyć. Natomiast jak naprawdę wygląda historia z testami i dlaczego WHO postanowiło oprzeć się na danych o wiarygodności co najmniej dyskusyjnej, trudno dociec. Być może wpływ ma na to silny lobbing, co jest tym bardziej prawdopodobne, że mamy do czynienia z zespołem naczyń połączonych. Nie da się sprzedać szczepionki w odpowiedniej ilości (nie koniecznie nawet z zyskiem wielu bilionów dolarów), bez „promocji” opartej na strachu. Widać to po spektakularnej klapie z lat 2009/2010. A jak można zapakować ludzi do szpitali inaczej niż pokazując im dodatni test? No, tak! Oczywiście, kolejna teoria spiskowa, prawda? Jednak to, że szpital jest obecnie jednym z najniebezpieczniejszych miejsc, to przecież prawda, której zaprzeczyć się nie da. Nie tylko dlatego, że mamy w Polsce ponad 50.000 przypadków sepsy rocznie, ale także dlatego, że można się w nich zarazić czymkolwiek, a jak widzimy, także koronawirusem. Jeśli starsza osoba z licznymi schorzeniami trafia do szpitala, to niezbyt często opuszcza go, niestety, o własnych siłach. Do tego nawet żaden Sars nie jest niezbędny.

Mieliśmy szansę uzyskać odporność

Tak! Tę szansę właśnie tracimy i to dlatego będzie kolejna fala zakażeń, najprawdopodobniej jesienią. Nie tylko dr Wolfgang Wodarg, czy profesor Sucharit Bhakdi mówią o błędach, które zostały popełnione przez władze poszczególnych krajów i że cała ta epidemia nie jest w żaden sposób niezwykła. Oto właśnie prof. Knut Wittkowski, epidemiolog pracujący przez 35 lat na Uniwersytecie Rockefellera w Nowym Jorku, który przez 15 lat współpracował z Klausem Dietzem, wiodącym światowym epidemiologiem, zajmując się epidemiologią HIV, a potem przez kolejnych 20 lat kierował wydziałem biostatystyki, epidemiologii i modeli badań, uważa, że Covid-19 można pokonać wyłącznie wytwarzając odporność stadną, a do tego potrzebne są przede wszystkim kontakty międzyludzkie. Konieczne jest zwłaszcza otwarcie szkół. To dzięki dzieciom właśnie społeczeństwo może szybko taką odporność uzyskać. Zacytujmy fragment jego wypowiedzi:

- Tak jak w przypadku każdej choroby oddechowej powinniśmy chronić starszych i słabych, bo jeżeli zapadną na zapalenie płuc, to mają duże ryzyko śmierci. To kluczowa sprawa, o której musimy pamiętać. Z drugiej strony dzieci radzą sobie z takimi chorobami bardzo dobrze: są ewolucyjnie przystosowane do wystawienia w ciągu życia na wirusy wszelkiej maści, więc powinny chodzić do szkoły i się wzajemnie zarażać. To wspomaga odporność stadną, co oznacza, że po około maksymalnie czterech tygodniach osoby starsze mogłyby zacząć powracać do swoich rodzin, bo wirus zostałby już wówczas zniszczony.

Wirus zostałby zniszczony, gdyż około 80% ludzi miałoby z nim kontakt w krótkim czasie. Większość z nich, zwłaszcza ludzie młodzi, w tym dzieci, nabyłoby odporność. Jeżeli zaś ktoś spoza tej grupy miałby wirusa i zarażałby, to już byłoby mu bardzo trudno znaleźć kogoś, kto jest podatny na zarażenie, nieodporny. Zatem chory nikogo już by nie zaraził i choroba nie rozprzestrzeniałaby się. Profesor wyjaśnia też na czym polega fenomen szybkiego zakończenia życia Sars-CoV-2 w Chinach, czy w Korei Południowej. Właśnie tam zbyt późno, a nie bardzo szybko, jak dotąd uważaliśmy, zastosowano izolację. Stało się to dopiero w momencie, kiedy krzywa zakażeń wystrzeliła niemal pionowo. Trzeba pamiętać, że w Chinach zakażenia zaczęły się w listopadzie, szczyt zachorowań przypadł w pierwszych dniach lutego, a rząd zastosował restrykcje (m.in. zamknął szkoły) dopiero 20 lutego. Uczony uważa również, że nie ma obecnie żadnych poważnych poszlak, które wskazywałyby na to, że Covid-19 jest gorszy od innej grypy.  Ewentualnie może być tylko „nieco” groźniejszy.

Cały wywiad z profesorem Wittkowskim można przeczytać tutaj.

Chciałoby się w tym miejscu zacytować końcówkę wiersza Michała Zabłockiego, znanego z piosenki, którą śpiewał Grzegorza Turnau: "Lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic, aż do końca", gdyby nie fakt, że działania opisane w dwóch wcześniejszych wersach są obecnie surowo zabronione...

Lekarstwo gorsze od choroby

Rzut oka na łączne zestawienie śmiertelności w Europie w chwili obecnej, w sposób jasny i klarowny pokazuje, że nie podstaw do paniki, a już na pewno do tak drastycznych działań i ograniczania swobód obywatelskich, z jakimi mamy do czynienia, zresztą nie tylko w Polsce. Oczywiście, rządy poszczególnych krajów mają prawo wprowadzać różnego rodzaju zakazy i obostrzenia dla prewencji o ochrony obywateli, wszystko jednak musi być oparte o empiryczne dane oraz zdrowy rozsądek. Można wątpić, czy większość ludzi czyta analizy epidemiologów i słucha ich krytycznych, ale przecież opartych o konkretne dane na przestrzeni wielu lat, uwag. Dlatego nie dziwią „zachowania stadne”, które mogą występować pod wpływem histerii podsycanej przez szukające sensacji media, natomiast jeżeli takim zachowaniom poddaje się rząd, to jest bardzo źle. Skoro jednak postanowił zastosować lekarstwo znacznie gorsze od samej choroby, to powinien wziąć na siebie wszelkie konsekwencje działań, które obecnie już doprowadzają do wielu tragedii rodzinnych, kiedy upadają firmy dające utrzymanie wielu ludziom. Niestety, jest znacznie gorzej, ponieważ kumulacja podejmowanych teraz decyzji gospodarczych dopiero przed nami, a analitycy dość jasno i jednoznacznie mówią, że latem, a najpóźniej jesienią, będzie katastrofa, która nie miała precedensu w ciągu ostatnich co najmniej 100 lat. I to nie są opowieści z mchu i paproci, tylko prosta konstatacja oparta o bieżące wyniki i statystykę. Jeśli kilkadziesiąt tysięcy firm przestaje działać praktycznie z dnia na dzień i nie widzi możliwości, ani światełka w tunelu, a rząd mówi o tarczy rzucając im jakiś ochłap, a generalnie „koło w czoło”, jak mają zaufać na dłużej? I kto to „dłużej” przetrwa, kiedy nawet nie wiadomo o jakich terminach rozmawiamy? Tak to wygląda, gdy zamiast odporności stadnej, mamy stadną histerię, niestety obecnie największą chyba po stronie rządowej…

 Rząd z tarczą i na tarczy

To, że decyzje polityczne determinują ekonomię państwa zwykle na wiele lat, jest truizmem i każdy zdaje sobie tego sprawę. Nie da się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dokonać nagle zmian, które przyniosą efekt po kilku tygodniach. Bardzo łatwo coś zniszczyć, ale jak powiedział kiedyś nieodżałowany trener Górski „Łatwiej kijek obcieńkować, niż go potem pogrubasić”. Gdyby jednak założyć nawet, że podejmowane działania, które zrujnowały, bądź zrujnują wiele biznesów na długie lata, albo bezpowrotnie, to ktoś jednak powinien za to odpowiedzieć.

Rząd wprawdzie, ponoć intensywnie, pracuje nad wdrożeniem kolejnych elementów „tarczy antykryzysowej”, wśród którym ma znaleźć się na przykład podwyższenie liczby uprawnionych do zwolnień ze składek ZUS firm. Tym razem już ma to dotyczyć nie tylko przedsiębiorców, którzy zatrudniają do 9 pracowników, ale nawet do 49, wprawdzie zwolnienie dotyczyć ma tylko 50% składek, ale i tak z pewnością brzmi to lepiej, niż pierwsze propozycje. Być może zostanie wprowadzony też, przynajmniej na jakiś czas, dobrowolność ubezpieczania się w ZUS. To akurat jeden z postulatów Konfederacji, który formacja rządząca ma teraz okazję przejąć. Jeśli ktoś myśli, że budżet się przez to zawali, to jest w błędzie. Budżet się zawali dlatego, że upadną tysiące małych firm, bo to one, w ponad 73% decydowały o wpływach do „wspólnego worka”. Tylko, że z tegoż worka nie należało w czasach prosperity wyciągać wszystkiego… Można by rzec, no ale przecież kto mógł się spodziewać, że przyjdzie jakiś koronawirus. To oczywista bzdura, bo fakt że koniunktura gospodarcza nigdy nie była i nie jest trwała, wiedzą już ludzie z wykształceniem podstawowym i nie trzeba tu żadnej profesury. Sytuacja, że poważne państwo może się zawalić z powodu jakiegoś wirusa udowadnia tylko, że z powagą nie ma to państwo zbyt wiele wspólnego. Teraz właśnie rozpoczął się test, który zdają władze poszczególnych krajów. Działania w Polsce można ocenić najwyżej na 2+, żeby już ten plus tradycyjnie przy Rządzie pozostał… Gospodarka światowa jest systemem naczyń połączonych, a im słabsze państwo, tym mniej od niego zależy i jego ekonomia tym bardziej podatna jest na wszelkie zawirowania na rynkach zewnętrznych. Same koszty obsługi długu zagranicznego mogą nas nieźle stłamsić, za co oczywiście będzie odpowiadał nie tylko obecny  rząd, ale i kilka poprzednich, choć akurat ten miał realną szansę, żeby to zadłużenie było znacznie niższe. Teraz już „zupa się rozlała”. Szczęściem w nieszczęściu jest fakt, że posiadamy własną walutę, dzięki czemu nie musimy być jedynie biernym obserwatorem na garnuszku banku centralnego, ale jesteśmy w stanie polityką monetarną częściowo wpływać na to, co się dzieje na rynku wewnętrznym i wyjść z zapaści nieco szybciej. Osłabienie złotówki będzie korzystne dla naszego eksportu, pod warunkiem, że jeszcze będziemy mieli co eksportować, a nie jest to takie oczywiste, kiedy firmy produkcyjne padają ze względu na przerwane łańcuchy dostaw, zamykane granice, problemy z kontraktami, odbiorcami i powierzchnią magazynową oraz zdolnością do utrzymania zespołu pracowników. Jednak nie wszystko jeszcze stracone i nie czas płakać nad rozlanym mlekiem, ale ratować firmy chociaż przy pomocy tratwy, a nie dziurawego, albo jak wolą niektórzy, betonowego koła.

Kiedy to się skończy?

Dobre pytanie, prawda? Każdy chciałby znać na nie odpowiedź. Mam, niestety, złą wiadomość. W pewnym sensie, to już nie skończy się nigdy. Świat nie będzie wyglądał już tak samo, jak przed tą hucpą, albo jak kto woli, pandemią. Tak, tak… już słyszę głosy krytyki, że jak tak można, przecież giną ludzie i to nie są żadne ćwiczenia, tylko czysta prawda. Zgadza się, tyle tylko, że nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Epidemie zdarzały się i będą się powtarzać. Czasem nieco mniej, a innym razem trochę bardziej groźne. Problem w tym, żeby umieć rozpoznać co jest faktycznie groźne, a co tylko sprawia takie wrażenie. Dotychczasowe wyniki nie wskazują na to, że mamy jakiś Armagedon zdrowotny. Przypomnę tylko, że wszystko rozpoczęło się jeszcze w listopadzie, a na przełomie roku dotarło do Europy i innych krajów, a więc mija właśnie 4,5 miesiąca. Jeśli w tym czasie na całym świecie z powodu Covid-19 (nawet zakładając najlepszą wolę prowadzących statystyki we wszystkich krajach) zmarło poniżej 150 tyś osób, to mówienie o pandemii jest nie tylko poważnym nadużyciem, ale czystą głupotą, bo inaczej określić tego się nie da. Przypomnę, że w Polsce umiera dziennie ponad 1200 osób, co pomnożone przez 4 miesiące daje już 144 tyś, a mówimy tylko o jednym i wcale nie największym przecież, kraju. Mało tego! Jeżeli spojrzymy na dane epidemiologiczne szerzej, to odsetek ludzi młodych „zabitych przez koronawirusa” (cudzysłów nieprzypadkowy, co już wyjaśniałem kilkakrotnie, bo sam wirus nie zabija), w takich krajach jak Włochy, czy Hiszpania, gdzie ofiar jest najwięcej, nie przekracza on 1%. Do niedawna w Italii było to zaledwie 0,2%, w Chinach również. Jest niezwykle prawdopodobne, że kilkadziesiąt procent z hospitalizowanych  osób 75+ i tak zmarłaby na choroby towarzyszące, albo po prostu na zapalenie płuc, które bywa częstym powikłaniem zwykłej grypy. Na co zwrócił w wywiadzie uwagę dr Wodarg.

Zatem, kiedy piszę, że to się może nie skończyć nigdy, nie mijam się z prawdą. Mam takie wewnętrzne przekonanie, że „tresura”, z którą wszyscy w mniejszym, czy większym stopniu się w ostatnim czasie zetknęliśmy i blisko 100 tyś mandatów w ciągu kilkunastu dni, to dopiero początek większej całości. Kolejne odsłony przed nami, być może już późną jesienią. I nawet nie chodzi o to, że jakiś koncern zarobił miliony na testach, inne na maseczkach i rękawiczkach, a kolejny uzyska biliony, kiedy sprzeda swoją szczepionkę. Patrząc szerzej, był to (jeszcze trwa) znakomity poligon doświadczalny dla władz, jak dalece można wziąć obywateli za twarz i jak daleko posuniętej głupocie się nie oprą, o ile będzie ona odpowiednio obudowana medialnym przekazem. Test wypadł niemal wzorowo. Wszyscy grzecznie siedzą w maseczkach na co drugim siedzeniu, a jeśli już wyjść muszą, zachowują odstępy, płacą mandaty za wizytę w parku, nawet jeżeli są wątpliwości co do podstawy prawnej i zgodności przepisów z konstytucją, słuchają komunikatów i podają sobie najnowsze informacje o kolejnych zakażeniach i zgonach, jakby to były najatrakcyjniejsze newsy dnia. I święcie wierzą w to, że od zakażenia uchroni ich maseczka. Naprawdę są przekonani, że będą przez to bardziej bezpieczni. Czyż to nie osobliwe?  No, a jeśli jeszcze zachoruje jakaś gwiazda i zaapeluje zostańcie w domu, już nikt nawet nie podejmie polemiki. Smutne to, bo nie będzie prowadziło w żadnej mierze do integracji społecznej, ale do coraz dalszej atomizacji, a raz odebranych swobód obywatelskich władza nigdy w pełni nie odda, o czym przekonaliśmy się po zamachach na World Trade Center. Za kilka dni zostaniemy zmuszeni do noszenia maseczek, co przewidziałem tydzień temu i wszyscy karnie zasłonią usta bez względu na to, czy mają kaszel, czy też dopiero dostaną go w prezencie, po kilku dniach noszenia maseczki, która jest siedliskiem bakterii już po 40 minutach. A jeśli ktoś musi się przemieszczać bo wykonuje pracę na powietrzu (np. listonosz), to powinien mieć takich maseczek nawet kilkanaście dziennie. Jaki to ma sens, kiedy nie kicha i nie kaszle, trudno dociec, ale WHO "rekomenduje"...

Całego życia nie da się przenieść do internetu. A jeśli by się nawet udało, to co, kiedy ktoś tę sieć wyłączy? Czy jeszcze będziemy potrafili ze sobą rozmawiać nie stojąc dwa metry dalej?

 W każdym razie spokojnych Świąt Wielkiej Nocy życzę oraz trochę radości i nadziei, bo z pewnością jeszcze będzie lepiej, nawet jeśli niektórzy twierdzą, że lepiej już było. Dziś widzimy dokładnie, że nie wszystko od nas zależy, ale to nie musi być wcale takie złe...

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

Lubisz newsy na naszym portalu? Załóż bezpłatne konto, aby czytać ekskluzywne materiały z Łodzi i okolic.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.