W samym centrum Łodzi, przy ul. Nawrot 31, stoi budynek, który z zewnątrz przypomina opuszczoną, zaniedbaną kamienicę. Nie ma nawet oznaczenia, które informowałoby przechodniów, że za tymi murami mieszkają dzieci. Żadnej tabliczki. Nic. Tymczasem to Dom Dziecka nr 10, w którym przebywa zwykle około 14 wychowanków.
O warunkach panujących w placówce jako pierwsza poinformowała we wtorek, 28 października, Katarzyna Matczak, dziennikarka TVP3 Łódź. Jej reportaż odbił się szerokim echem, wywołując falę oburzenia nie tylko wśród Łodzian.
Na pokazanych zdjęciach widać zniszczone ściany, odpadający tynk i ślady wilgoci. Jak ustaliła dziennikarka, problemy budynku nie są nowe. Już w 2014 roku jego stanem interesowali się studenci Politechniki Łódzkiej. Później były remonty i kontrole, ale problem powracał. W 2022 roku sanepid stwierdził nieprawidłowości, a w czerwcu 2026 roku ponownie pojawiły się zacieki.
Sprawa dotarła również do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które poinformowało TVP3 o zleceniu wojewodzie łódzkiemu kontroli placówki.
„Na dzieci, które już i tak zostały skrzywdzone przez los, pieniędzy nie ma”
Fundacja Mały Duży Człowiek pomaga wychowankom domu dziecka przy Nawrot od blisko pięciu lat. Jej prezeska Milena Domańska nie kryje, że sytuacja w placówce od dawna budzi jej niepokój.
- Tym domem dziecka zajmujemy się już blisko pięć lat. Ja osobiście nie bywam tam zbyt często, ale nasza fundacja regularnie zawozi dzieciom dary. Niedawno wyremontowaliśmy całą kuchnię, wymieniliśmy wszystkie meble. W końcu jednak doszliśmy do wniosku, że te remonty nie mają już żadnego sensu. Budynek jest w tak opłakanym stanie, że trudno mówić o jakiejkolwiek trwałej poprawie warunków. W środku ściany są popękane, jest grzyb, a w przedpokoju dosłownie kapie z sufitu. Proszę sobie wyobrazić, jak bardzo muszą być zawilgocone stropy, skoro regularnie dochodzi do takich sytuacji
- mówi nam Milena Domańska.
Prezeska fundacji przekonuje, że od lat próbuje zainteresować problemami łódzkich placówek Centrum Administracyjne Pieczy Zastępczej, które odpowiada za ich funkcjonowanie.
- Tam moje nazwisko jest doskonale znane, ale niestety nie widzę większej woli współpracy. Działamy w 12 województwach i z doświadczenia mogę powiedzieć, że tam, gdzie dyrekcja na co dzień nie przebywa w domach dziecka, często brakuje też rzeczywistego zainteresowania problemami wychowanków. A w Łodzi, powiem szczerze, ta wola pomocy jest wyjątkowo mała
- ocenia.
Czy fundacja próbowała interweniować bezpośrednio u władz Łodzi? Okazuje się, że jej zastrzeżenia nie dotyczą wyłącznie placówki przy Nawrot.
- W przypadku tego domu dziecka nawet nie próbowaliśmy zwracać się bezpośrednio do miasta, bo po wcześniejszych doświadczeniach uznaliśmy, że to nie ma sensu. Próbowaliśmy zainteresować prezydent Hannę Zdanowską sytuacją w Domu Małego Dziecka przy ul. Zbocze. Pojawiły się tam podejrzenia nieprawidłowego podawania dzieciom leków psychotropowych. Pani prezydent w ogóle nie odpowiedziała na nasze pismo. Można odnieść wrażenie, że temat jej nie zainteresował. Sprawa trafiła więc do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego
- relacjonuje pani Milena.
Prezeska fundacji twierdzi również, że o problemach informowała osobę zajmującą się sprawami dzieci przy prezydent Łodzi.
- Usłyszałam, że zna sytuację i… na tym się skończyło. Naprawdę boli mnie to, że powołuje się urzędników, którzy mają dbać o dobro dzieci, otrzymują za swoją pracę wynagrodzenie, a w mojej ocenie nie robią tego, co powinni. Miasto zamierza wydawać miliony na wynajem budynku od prywatnego inwestora, żeby przenieść tam urzędników. Na to pieniądze są, a na dzieci, które już i tak zostały skrzywdzone przez los, pieniędzy nie ma
- mówi ostro.
Jak wyjaśnia, czarę goryczy przelała sytuacja pięcioletniej dziewczynki, która trafiła do domu dziecka przy Nawrot razem z bratem. Co do zasady w takich placówkach powinny przebywać dzieci powyżej 10. roku życia, jednak przepisy dopuszczają wyjątki, między innymi po to, by nie rozdzielać rodzeństwa.
Według Domańskiej dziewczynce przydzielono jeden z najbardziej zagrzybionych pokoi. Wtedy zdecydowała się zainteresować sprawą media.
- Proszę pamiętać, że te dzieci chodzą do szkoły. Mają koleżanki i kolegów, spotykają się z nimi, odprowadzają się nawzajem. One już i tak często wstydzą się tego, że są z „bidula”, jak same mówią. A do tego muszą mieszkać w warunkach uwłaczających ludzkiej godności. Poziom wstydu, którego doświadczają, jest dla mnie niewyobrażalny. Nie wiem, co musi czuć dziecko, które trafia tam po raz pierwszy w wyniku interwencji. Zostaje zabrane z rodzinnego domu, bo panowały tam złe warunki, a później trafia do miejsca, w którym warunki mogą być jeszcze gorsze
- mówi prezeska fundacji.
Miasto oskarża TVP3 o manipulację. Radny żąda wyjaśnień
Do Urzędu Miasta Łodzi skierowaliśmy pytania o stan techniczny budynku, przeprowadzone remonty i ich koszty, a także o zapowiadane przeniesienie dzieci do innej placówki. Otrzymaliśmy odpowiedź, w której magistrat przede wszystkim zdecydowanie kwestionuje ustalenia reportażu TVP3.
- Materiał opublikowany 28 października w TVP3 autorstwa pani redaktor Katarzyny Matczak dotyczący Domu Dziecka przy ulicy Nawrot 31 jest zmanipulowany i nieprawdziwy. Pani redaktor pominęła w nim w całości informacje otrzymane z biura prasowego Urzędu Miasta Łodzi
- przekazał Oddział Prasowy UMŁ.
Według magistratu kontrole sanepidu z 2023 i 2026 roku potwierdziły dobry stan sanitarny pomieszczeń. Jak zapewnia, w placówce wyremontowano pokoje dzieci, salon i pomieszczenie sanitarne. Wymieniono także meble i sprzęt kuchenny.
- Przypomnę tylko, że kuchnię w Domu Dziecka nr 10 wyremontowała nasza fundacja dzięki wsparciu darczyńców i firmy Amazon. To dzięki nim niespełna dwa lata temu dzieci otrzymały nową kuchnię. Mamy nawet zdjęcia z jej uroczystego otwarcia
- podkreśla Milena Domańska, prezeska Fundacji Mały Duży Człowiek, odnosząc się do informacji przekazanych przez magistrat.
A co z przeprowadzką dzieci?
- Intensywnie pracujemy nad znalezieniem nowej siedziby dla tego domu dziecka - mamy już wybrane dwie lokalizacje
- poinformował nas Urząd Miasta Łodzi. Nie podaje jednak, gdzie miałyby się znajdować ani kiedy wychowankowie mogliby się przeprowadzić.
Urząd zarzuca również autorce reportażu pominięcie przekazanych jej informacji. Katarzyna Matczak przedstawia jednak inną wersję wydarzeń. Jak wyjaśniła nam w rozmowie, zwróciła się do magistratu z pytaniami, prosząc o odpowiedź przed godziną 16. Stanowisko miasta otrzymała później i nie miała już możliwości uwzględnienia go w przygotowywanym materiale.
Na reportaż TVP3 ostro zareagował radny Sebastian Bulak, który już w czwartek, 29 października, skierował do prezydent Hanny Zdanowskiej interpelację.
- Są rzeczy, które mnie denerwują, i takie, które doprowadzają mnie do szału. Ale nic nie wywołuje we mnie takiej złości jak sytuacje, w których zagrożone jest zdrowie i dobro dzieci. Mówimy przecież o domu dziecka, miejscu, w którym powinny czuć się bezpieczne i otoczone opieką. Te dzieci już wystarczająco dużo przeszły. Czy naprawdę tak wiele trzeba, żeby zapewnić im godne warunki? Same nie napiszą interpelacji, nie pójdą na sesję Rady Miejskiej i nie zażądają wyjaśnień od prezydent miasta. Dlatego naszym obowiązkiem jest zrobić to za nie
- podkreśla radny.
W interpelacji zawarł aż 16 pytań. Chce wiedzieć min. czy dotychczasowe remonty usuwały przyczyny wilgoci, czy jedynie jej widoczne skutki. Domaga się też pilnej kontroli placówki.
Głos zabrał też łódzki społecznik Kosma Nykiel, który przyznaje, że przez lata nie zdawał sobie sprawy, iż w zaniedbanym budynku przy Nawrot mieszkają dzieci.
- Myślałem, że ten budynek to rudera do wyburzenia, pustostan. Próżno szukać oznaczenia na elewacji budynku. Niepojęte, że organizujemy festiwale za dziesiątki milionów złotych, a nie jesteśmy w stanie zapewnić minimum godności dla najmłodszych Łodzianek i Łodzian z domu dziecka. Coś potwornego
- komentuje.
Nykiel zapowiada, że nie zamierza zostawić tej sprawy. Już w czwartek 29 października Nykiel udał się do placówki, by na własne oczy zobaczyć, w jakich warunkach mieszkają dzieci. Co zastał?
- Szczerze mówiąc, budynek w środku wygląda lepiej niż na zewnątrz, bo z zewnątrz jest po prostu koszmarny. Widać jednak zacieki na ścianach, mniejsze także na suficie i w pomieszczeniu gospodarczym. W jednym z pokoi nadal jest ubytek w ścianie, a zaciek, wbrew temu, co wynikało z informacji sanepidu, nie został usunięty. Podobno ma zostać zamalowany już jutro. Tylko czy zamalowanie zacieków rzeczywiście rozwiąże problem? Pleśni nie widziałem, ale wilgoć czuć już od wejścia
- relacjonuje Kosma Nykiel i dodaje, że widać było, iż wczoraj i dziś prowadzono jakieś drobne naprawy i czuć było zapach silikonu.
Pozostaje więc pytanie, czy kolejne malowanie ścian wystarczy. I przede wszystkim - jak długo dzieci będą jeszcze musiały czekać na przeprowadzkę do nowego domu, o której mówi się od przynajmniej 5 lat.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.