Reklama

Reklama

PIŁKA RĘCZNA: Michał Matyjasik: "Jest pewien niedosyt” [WYWIAD]

Opublikowano: ndz, 29 gru 2019 16:26
Autor:

PIŁKA RĘCZNA: Michał Matyjasik: "Jest pewien niedosyt” [WYWIAD] - Zdjęcie główne

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Sport Piłkarze ręczni Anilany po pierwszej rundzie sezonu plasują się na 10 miejscu ligowej stawki. O m.in. podsumowanie pierwszej części sezonu, plany na okres przygotowawczy oraz rozwój młodzieży zapytaliśmy trenera łódzkich szczypiornistów - Michała Matyjasika 

Mateusz Dęderski:  Małe pytanie rozgrzewkowe – jak wygląda pana samopoczucie po pierwszej rundzie tego sezonu?
Michał Matyjasik: -No jest pewien niedosyt, bo zajmujemy dziesiątą lokatę, a kilka meczów uciekło nam jedną czy dwoma bramkami. Jakbyśmy te mecze wygrali, to myślę, że to miejsce byłoby w granicach piątego, szóstego i wtedy byłbym zadowolony.

 

Wspomniał pan o spotkaniach, które przegraliście jedną bądź dwoma bramkami. Czy więc brak koncentracji w końcówkach spotkań jest waszym największym mankamentem w tym sezonie?
-No coś jest na rzeczy i próbujemy to jakoś rozwiązać. Szukamy przyczyny tego, że gramy przez 50 czy przez 55 minut super zawody, po czym chwila dekoncentracji powoduje to, że zespół z fajnie grającego przestaje realizować założenia taktyczne, które są omawiane na dany mecz. I z tego właśnie robią się jakieś głupie akcje, kłopoty czy niewymuszone problemy techniczne. I to idzie lawinowo. To nie jest tak, że to dotyczy jednego zawodnika, ale tak na prawdę wszyscy zaczynają popełniać błędy. Jest to bardzo duży problem. Mam nadzieję, że rozwiążemy go przed drugą rundą.

 

Myśli pan, że ten walkower w pierwszym spotkaniu z Forzą Wrocław mógł podciąć zawodnikom skrzydła? I pomimo tego okresu przygotowawczego przed sezonem, ten niedosyt pierwszego meczu był przyczynkiem do pięciu kolejnych porażek na początku sezonu?
-Myślę, że miało to wpływa na późniejsze granie zawodników. Tak naprawdę cały okres przygotowawczy szykowaliśmy się do pierwszego spotkania, bo no od czegoś trzeba zacząć. I cały ten system był oparty właśnie na meczu z Wrocławiem. Nie było meczu, przez co nam, a myślę, że przede wszystkim chłopakom, spadły trochę morale, bo ten mecz właśnie się nie odbył. Nie z naszej winy. Nawet nie z winy działaczy naszego klubu. Z tego co doskonale wiemy, to firma, która miała obstawiać nasz mecz była poinformowana. Był mail, był telefon z odpowiednim wyprzedzeniem.
Tylko, że to już było. Nie będziemy teraz szukać przyczyny tego, dlaczego ten mecz się nie odbył i czy ten to spowodowało dużo strat. Ne było go, nie odbył się, a my przegraliśmy pięć kolejnych spotkań. Po części myślę, że z winy tego meczu, ale chyba jednak z winy koncentracji. Poczuliśmy się za mocni. Teraz trzeba szukać rozwiązań na następną rundę.

 

A te pięć porażek z rzędu i dołożone trzy kolejne to dla pana duży niedosyt, czy zwykły błąd przy pracy, który pojawił się na początku tego sezonu?
-Myślę, że to jest dziwna przyczyna tego. Jeżeli przegrywalibyśmy zawody 10 bramkami, gdyby te porażki były bardzo wyraźne, to szukalibyśmy jakiejś przyczyny. Co się stało? Czy jesteśmy źle przygotowani motorycznie, taktycznie czy technicznie? A te mecze kończą się jedną bramką. Czyli z każdym z zespołów potrafimy nawiązać wyrównaną walkę. I to jest najgorsze co może być. Szukamy przyczyny, a do końca nie wiemy, co to powoduje. Gramy bardzo różnie. To jest sinusoida. Od pierwszej do pięćdziesiątej minuty gramy super. Albo pierwsze piętnaście czy dwadzieścia minut gramy bardzo źle, po czym zaczynamy gonić i brakuje nam czasu. Ciężko jest znaleźć jakąś przyczynę tak po prostu i ciężko nam się do tego ustosunkować.

 

Jak na razie, poza waszym zasięgiem, był jedynie Grunwald Poznań i Ostrów Wielkopolski, a tak wszystkie wyniki były bardzo stykowe
-Tak. Ale i Grunwald, i Ostrów w zasadzie odjechali nam na te cztery bramki w ostatnich dwóch minutach. Czyli było już pozamiatane. Chłopcy widzieli, że i tak tego meczu nie wygramy. I z tego zrobiły się jeszcze większe błędy, bo chcieli dorzucić bramkę, spróbować jeszcze odrobić i z tego robią się kłopoty. I mecz, zamiast skończyć się jedną czy dwoma bramkami różnicy, kończy się czterema. Co i tak nie ma w zasadzie znaczenia. I tak jest bez punktów dla nas, więc czy jedną, czy trzema to w ogólnym rozrachunku jest bez znaczenia

 

Czyli znowu wracamy do waszych problemów z koncentracją w końcówkach spotkań, gdzie wszystko się sypie i próba dogonienia wyniku powoduje kolejną lawinę błędów
-Dokładnie tak. Każdy chce przyspieszyć. I każdy chce w jak najkrótszym czasie zdobyć bramkę. Spróbować wrócić, odrobić i jeszcze mieć jakaś szansę, żeby ten wynik odwrócił się na naszą korzyść. To powoduje niestety szybsze błędy. I właśnie w tych końcówkach mamy bardzo dużo błędów. I są takie mecze, jak na przykład w Poznaniu, gdzie popełniliśmy z cztery, pięć błędów technicznych. W zasadzie na najwyższym poziomie robi się tyle błędów i się wygrywa mecze. My niestety przegrywamy. Robiąc pięć, sześć błędów przegrywamy mecz. Wina skuteczności? Wina koncentracji myślę. Głowy nie są wciąż na tyle przygotowane, skoncentrowane do takich zawodów

 

Polecamy: SONDA: Wybierz sportowe wydarzenie roku 2019 w Łodzi!
To tyle, jeżeli chodzi o wyniki. Patrząc na parkiet, można stwierdzić, że Marcin Matyasik, który znajduje się wśród dziesięciu najlepszych strzelców ligi, jest liderem zespołu. Czy w szatni to wygląda tak samo? Wyklarowali się liderzy, którzy ciągną zespół dalej?
-Ja bym nie szukał lidera, po ilości zdobytych bramek. Na te bramki, które Marcin zdobywa, pracuje cały zespół. Liderem może bym go nie określił. Jest na pewno osobą, która ciągnie zespół. Jest bardzo widoczny i w szatni, i poza szatnią. Napędza zespół do pracy, mobilizuje. Nie jest takim spokojnym zawodnikiem, taką spokojną duszą. Wręcz w drugą stronę.  Takimi liderami są w zasadzie Damian Chmurski i Tomek Wawrzyniak. To są najstarsze i najbardziej doświadczone osoby. Chciałbym, żeby to oni przede wszystkim mobilizowali zespół. I myślę, że spełniają tę funkcję. Może chciałbym, żeby w niektórych meczach wzięli więcej na siebie, ale nie zawsze jest to możliwe. Nie zawsze się tak da, żeby oni sami powstrzymali zawodników innych zespołów czy sami decydowali o wygranym meczu. Piłka ręczna jest jednak sportem zespołowym. Myślę jednak, że to oni są liderami. Takimi motorami napędowymi tego zespołu.

 

Jeżeli chodzi o wspomniane przez pana powstrzymywanie zawodników innych drużyn, to nie idzie wam to jednak najlepiej. 301 straconych bramek w tym sezonie jest jednym z gorszych wyników w całej lidze. Czy to może zwiastować to, że będziecie próbowali wesprzeć jakoś defensywę przed następnym meczem?
-No na pewno musimy zwrócić większą uwagę na to, jak gramy w defensywie. I przede wszystkim na to, jakie mamy założenia przedmeczowe. Bo jednak zakładamy sobie coś przed meczem, a później zaczyna nam to szwankować. I myślę, że to jest największy problem. W połowie rundy wypadł nam Adrian Kucharski, czyli ten filar obrony, który decydował w zasadzie o tym jak ten środek obrony wyglądał, funkcjonował. I z braku laku na przykład Tomek Wawrzyniak musiał grać na środku całe mecze, przez co brakowało mu później sił w ataku. Czekamy na powrót Adriana i myślę, że tę grę w defensywie na pewno poprawimy i będziemy szukać przyczyn tego, dlaczego to tak było. Czasu jest jeszcze sporo. Na sporo elementów musimy zwrócić uwagę.

 

Z drugiej strony macie jednak jedną z najlepszych ofensyw w lidze. 303 rzucone bramki, to szósty wynik w tabeli. Czy to jest więc to, czym możecie straszyć swoich przeciwników?
-Nie mając super warunków fizycznych, jak na przykład zawodników po metr dziewięćdziestiąparę wzrostu, musimy jakoś te braki sobie zrekompensować. I tak naprawdę szukamy bardzo szybkiego grania, szybkich wznowień, kontry. To musi być poparte właśnie grą w obronie, bo jeżeli będziemy słabi grali w obronie i nawet rzucali, to i tak przegramy jedną bramką. Tak jak to właśnie teraz wygląda. Myślę, że przede wszystkim poprawimy obronę. A szybkość grania, jak się patrzy na piłkę ręczną na całym świecie – jest bardzo szybka, dynamiczna. Tutaj nie ma czasu na zamiany, na zastanawianie się. Więc na pewno jest to nasz atut i wszystkie zespoły w lidze się z tym liczą.

 

Jak wyglądają wasze plany na okres przygotowawczy?
-Na razie jesteśmy w trakcie tworzenia mapy sparingów. Jak rozmawiałem z zespołami, z którymi chcemy grać to jeszcze nikt nie zwracał na to uwagi. Więc na razie mamy tylko 18 stycznia wyjazd i mecz sparingowy z Płockiem. Ale myślę, że jeszcze na pewno Wieluń spróbujemy, może jakieś inne zespoły. Na pewno cztery, pięć sparingów musimy rozegrać przed 8 lutego.

 

A planujecie zrobić jakieś transfery do drużyny?
-Nie, nie, nie. Zespół zostaje w niezmienionym składzie. Wiadomo, że nie mamy takiego budżetu, który pozwoliłby na to, żeby się wzmocnić i ściągnąć jakiegokolwiek zawodnika do naszej drużyny. Myślę, że mamy fajny zespół. Młody, perspektywiczny. Wiadomo, że chcielibyśmy wygrywać. Chcielibyśmy mieć lepsze wyniki, być wyżej w tabeli. Ale myślę, że to jeszcze poprawimy, bo jest jeszcze sporo spotkań i może się wszystko zmienić. Przede wszystkim stawiamy jednak na swoją młodzież, wychowanków. Część tego zespołu to są chłopcy, którzy grają w kategorii Junior i mają mistrzostwa w styczniu. Myślę, że to co działo się w pierwszej rundzie i w poprzednim sezonie, czyli to, że byli już wykorzystywani, zaprocentuje i spróbujemy z nimi właśnie zdobyć złoty medal juniora. A to jest zwieńczeniem tej przygody z piłką ręczną w kategoriach młodzieżowych. I dla nich to będzie taka nagroda za poświęcony czas i wyrzeczenia.

 

Wspomniał pan już o zawodnikach młodzieżowych. Trudno nie odnieść wrażenia, że wszystkie grupy młodzieżowe Anilany deklasują konkurentów w swoich ligach. Czy dla was jest to promyk nadziei na nowe pokolenia zdolnych szczypiornistów?
-Chciałbym, żeby tak było w innych zespołach też. Żebyśmy mierząc się przede wszystkim w tym naszym rejonie w Łodzi mieli z kim grać i żeby w Pabianicach, Piotrkowie czy Konstantynowie były takie same grupy młodzieżowe jak u nas. Tak, żebyśmy mogli z kim grać, sparować. Nie bardzo mamy z kim się konfrontować. Teraz troszeczkę przejęliśmy w Łodzi tę funkcję wszystkich zespołów. Do młodzika czy juniora młodszego jeszcze jest tych zespołów sporo. A tak jak teraz junior pokazuje – są cztery zespoły. Z czego trzy są nasze. Więc tak naprawdę ta piłka ręczna w Łodzi opiera się tylko na zawodnikach Anilany. Z jeden strony fajnie, bo wiemy, że to co robimy przynosi skutek.
Mam nadzieję, że ci chłopacy będą przechodzić do zespołów Ekstraklasy. Chociażby 1 ligi. Z tego będą fajni piłkarze ręczni, bo trochę ta nasza reprezentacyjna piłka ręczna wygląda słabo. Mam nadzieję, że Patryk Rombol sobie poradzi z tym wszystkim i wprowadzi to co chciał i reprezentacja zacznie w końcu odnosić jakieś sukcesy.

 

Juniorzy Anilany nawet na scenie międzynarodowej pokazują, że są groźni. Chociażby jak na turnieju w Veszprem na początku roku, z którego udało się wrócić z medalem
-Tak. Przegraliśmy tylko z reprezentacją Kuwejtu. Nie do końca jestem pewien czy tam na pewno był rocznik 2001, czy to nie był zespół starszy, sądząc po tym jakimi dysponowali warunkami fizycznymi, złożony z zawodników z rocznika 1999 i 2000. To jest jeden. A dwa ilością zawodników jaką mieli na boisku, bo to była ponad dwudziestka. A do tego jest to reprezentacja, czyli ludzie pozbierani z całego kraju. My byliśmy jako jeden zespół. I chłopaki walczyli tak na prawdę do samego końca jak równy z równym. Brakło chyba trochę siły pod koniec meczu, bo nam tam odjechali, ale to pokazuje, że na prawdę bardzo mocny zespół. Wyjątkowy. I pierwszy, który tak na prawdę przynosi takie duże sukcesy, jeżeli chodzi o nasz klub. Zaczęli od młodzika, przez juniora młodszego. W juniorze już mają brązowy medal. I to rok wcześniej. Teraz tak naprawdę kończą swoją przygodę w juniorze starszym, mam nadzieję, że ze złotem.

 

Ale nawet sparing z Koreą Północną pokazał, że jesteście w stanie powalczyć z tymi reprezentacjami. I to tylko zawodnikami z waszej drużyny.
-Bo to jest zespół, który od samego początku prowadziliśmy razem. On spełnia nasze oczekiwania, jeżeli chodzi o założenia taktyczne, prace, o swoje przygotowanie czy dbanie o siebie. Uwierzyli nam na samym początku, jak mieli lat czternaście, piętnaście, jak grali finał młodzika i zdeklasowali wszystkich w Kielcach. To był ten moment zapalny, w którym uwierzyli, że ciężką pracą i zaangażowaniem i robieniem w stu procentach tego, o co prosi trener, można osiągnąć sukces. Rocznik flagowy. Mam nadzieję, że następne dociągną do nich. Może nie w pełni, bo ciężko będzie zdobyć cztery medale, tak jak oni. Ale chociaż po części dociągną do tego poziomu.
Z resztą – od tego rocznika zaczęło się coś, co w widać w Polsce. Wcześniej z Łodzią nikt za bardzo się nie liczył. Jak była Łódź w tabeli, to wszyscy się cieszyli, bo można było łatwo wygrać. A teraz zaczęli się z nami liczyć. Każdy zespół traktowany jest jako poważny przeciwnik, z którym trzeba podejść poważnie do rozgrywek, jeżeli chce się wygrać.

 

Wiemy już, że miejskie dofinansowania na sport w przyszłym roku ulegną znacznemu zmniejszeniu. Czy widzi w tym pan jakiś problem dla Anilany?
-Na pewno, jeżeli przytną nam finanse na szkolenie dzieci i młodzieży to będzie to problem. To obciążenie spadnie na rodziców, a nie wszystkich jednak stać na to, żeby jeździć po turniejach, czy kupować sprzęt. To są naprawdę spore wydatki i trzeba się z tym liczyć. Mam nadzieję, że nas w jakimś stopniu to nie dotknie. Wiadomo też, że Anilana prowadzi własną działalność, która powoduje, że stać nas na to, żeby wyjechać na turniej. Stać nas na to, żeby jeździć na mecze ligowe. I to tak naprawdę za pieniądze Anilany. Nie za własne pieniądze dzieciaków. To, co dzieci kupują to jest jedna rzecz, bo kupują sobie sprzęt i tym podobne, niezbędne, rzeczy. Ale już woda, hala czy wyjazdy na mecze są finansowane przez klub. I mam nadzieję, że chociaż to się nie zmieni.
Do tego sezonu mieliśmy jeszcze wsparcie ze strony Politechniki. Niestety, ze względów na zmiany w finansowaniu musieli się z tego wycofać. 

 

Koniec tej współpracy mocno się na was odbił? 
-Na pewno. Przede wszystkim musieliśmy załatać tę dziurę finansową. Wiadomo, chcielibyśmy, żeby chłopaki dostawali za granie dobre pieniądze. Na to jednak nie mogą liczyć. A sprzęt kosztuje. Chociażby odżywki czy buty. Buty są największym wydatkiem. W jednej parze nie da się zagrać całego sezonu 

 

Kończąc powoli – czego życzyć wam na ten okres przygotowawczy i na drugą część sezonu?
-Przede wszystkim tego, żeby nas omijały kontuzje. I tego, żebyśmy sobie bardzo dobrze poradzili z tym okresem przygotowawczym. To jest tak naprawdę najcięższy okres, jeżeli chodzi o pracę. Najbardziej intensywny. I to właśnie tutaj może się wszystko zdarzyć. Mamy bardzo mało zawodników, których możemy zastąpić. Jakakolwiek kontuzja oznacza od razu problem. Tak więc przede wszystkim zdrowia, ucieczki od urazów i poprawy wyników na następny rok. Bo to jest bardzo drobna rzecz, niuans. Wystarczy rzucić jedną bramkę więcej i będziemy wygrywać. Będziemy wyżej w tabeli.

 

W takim razie zdrowia i powodzenia. Dziękuję
-Dziękuję

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

Lubisz newsy na naszym portalu? Załóż bezpłatne konto, aby czytać ekskluzywne materiały z Łodzi i okolic.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.