Patryk Kwieciński: Skąd wzięła się u Pana pasja do pisania?
Daniel Komorowski: To zależy, jak na to spojrzeć, ale szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałem, że będę pisał książki. Przez kilka lat planowałem zostać dziennikarzem, konkretnie sportowym. Chodziłem nawet do liceum o profilu prawno-dziennikarskim. Z czasem jednak moje plany się zmieniły i poszedłem na studia graficzne.
Właśnie podczas studiów trafiłem na serial „Wikingowie”, który totalnie mnie pochłonął. Zafascynowałem się tą tematyką, zacząłem czytać wszystko, co wpadło mi w ręce.
W pewnym momencie pojawił się pomysł, by stworzyć własną historię o wikingach. Pisałem ją „do szuflady”, dla siebie i bliskich. To właśnie oni zaczęli mnie namawiać, bym wysłał to do wydawnictw. Twierdzili, że materiał jest zbyt dobry, by leżał w ukryciu. Sam początkowo w to nie wierzyłem, ale dali mi impuls, by spróbować. Okazało się, że mieli rację - tak powstała „Furia Wikingów”, moja pierwsza książka. I tak dotarłem do miejsca, w którym jestem dzisiaj.
Wspomniał Pan, że inspiracją dla debiutu był serial. A z czego czerpie Pan inspirację do codziennej pracy teraz, gdy pisanie stało się Pana codziennością?
Po prostu bardzo to polubiłem. Pisanie stało się moją pasją, choć brzmi to górnolotnie, uwielbiam tworzyć własne historie i bohaterów. Lubię tchnąć życie w wymyślone postacie i przekazywać historię dalej. Weźmy na przykład serię o Mieszku, to rewelacyjne uczucie móc opowiadać o dziejach, które są nieco zapomniane lub traktowane po macoszemu, choćby w szkole.
W szkole bardzo lubiłem historię, zwłaszcza średniowiecze, ale pamiętam, że dla wielu moich znajomych była to męczarnia. Chcę pokazać czytelnikom, że historia sama w sobie nie jest nudna. Często spotykam się z obawami nowych odbiorców, że moje książki będą kojarzyć się z nudnym wkuwaniem dat. Staram się udowodnić, że może być inaczej. Mieszko to fascynująca postać i warto o nim opowiadać. Nie samym Rzymem, Egiptem czy wikingami człowiek żyje! Na naszym rodzimym podwórku też mamy niesamowite tematy.
Jak wygląda Pana praca ze źródłami w przypadku serii o Mieszku? Informacji o tamtym okresie jest stosunkowo niewiele, a Pan pisze powieści historyczne, które muszą trzymać się faktów.
Przygotowując się do „Mieszka”, starałem się poznać jak najwięcej źródeł. Analizowałem niuanse, opinie historyków i kroniki. Największym problemem nie jest jednak brak informacji, ale fakt, że dostępne źródła często wzajemnie się wykluczają.
Przykładowo, osadziłem akcję pierwszego tomu w 960 roku. Według różnych źródeł Mieszko mógł mieć wtedy od 17 do nawet 40 lat! To ogromny rozstrzał. Nie wiadomo też na pewno, czy miał brata, dwóch, czy żadnego. Nie znamy imienia jego matki. Nawet historycy spierają się o to, czy był rdzennym Słowianinem, czy może wikingiem. Moja praca polega więc na zebraniu tych wszystkich danych, a następnie wybraniu opcji, która wydaje mi się najbardziej realna i najlepiej pasuje do opowieści, którą chcę przedstawić.
Czy zaczynając nową powieść, ma Pan już gotowy schemat i zna zakończenie, czy raczej pozwala Pan historii płynąć swobodnie?
Przed przystąpieniem do pisania bardzo dokładnie opracowuję plan. „Mieszko” to skomplikowana, obszerna seria. W pierwszym tomie musiałem wprowadzić fundamenty, w drugim je rozbudowywać. Gdybym pisał „na żywioł”, pogubiłbym się w wątkach. Taki system usprawnia też pracę, bo nie muszę przed każdym rozdziałem zastanawiać się, co dalej. Mam gotowy „szkielet”, choć zdarza mi się od niego odbiegać.
Na przykład w trzecim tomie „Mieszka” w trakcie pisania wpadłem na pomysł nowej postaci. Okazała się ona na tyle ciekawa, że stała się bardzo ważna w kolejnych częściach. Co do zakończeń to zawsze wiem, do czego dany tom ma doprowadzić. Jako ciekawostkę powiem, że pisząc pierwszy tom „Furii Wikingów” (która ma osiem tomów), wiedziałem już dokładnie, jakimi słowami zakończę ostatnią część.
Wydał Pan piętnaście książek w nieco ponad sześć lat. Jak udaje się Panu utrzymać taką systematyczność i płodność twórczą?
Opracowywanie planów bardzo pomaga. Słyszałem o wielu pisarzach, którzy porzucają projekty, bo ich początkowa iskra wygasa, a brak dopracowanego pomysłu sprawia, że historia im się wymyka. Moje notatki to ogromne ułatwienie. Do tego dochodzi fakt, że po prostu kocham to robić. Budowanie tych światów daje mi ogromną satysfakcję. Jestem też osobą bardzo pracowitą i dokładną, co na pewno nie pozostaje bez znaczenia.
Czy w Pana książkach można znaleźć jakieś „smaczki” związane z Łodzią?
W moich kryminałach - jak najbardziej. Pierwszy z nich, „Szklarz”, był osadzony w Łodzi. Pojawiły się tam prawdziwe lokalizacje i ciekawostki. Ostatnio napisałem kolejną powieść, jeszcze mocniej osadzoną w łódzkich realiach, z dużą liczbą opisów terenu. Jest już u wydawców, więc na razie nie mogę zdradzić szczegółów, ale łódzkich akcentów będzie tam sporo.
Nie jest Pan rdzennym Łodzianinem. Jak trafił Pan do tego miasta?
Pochodzę z bardzo małej wsi, a do liceum chodziłem do Kutna. Do Łodzi przeprowadziłem się na studia graficzne i zostałem tutaj. Najpierw pracowałem w zawodzie grafika, teraz zajmuję się także pisaniem. Bardzo lubię Łódź i nie zamierzam się stąd wyprowadzać.
Gdyby miał Pan napisać sagę o jakimś łódzkim bohaterze z przeszłości, takim „łódzkim Mieszku” - kto by to był?
Zaskoczył mnie Pan tym pytaniem! Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy jako żart, to Andrzej Sapkowski. Ale mówiąc poważnie... może Karol Scheibler? Zawsze podobało mi się określenie „Król Bawełny”. To pasuje do pewnego rodzaju dostojeństwa, podobnie jak postać księcia Mieszka.
Czy bycie pisarzem to już Pana pełnoetatowe zajęcie?
Łączę pisanie z pracą grafika. Obie te sfery wynikają z moich zainteresowań i pasji, więc czuję się w tym spełniony.
Czyli okładki do swoich książek projektuje Pan sam?
O nie, okładek akurat nie robię. Wydawnictwa współpracują z grafikami, którzy są w tym lepsi ode mnie. Nie wstydzę się tego przyznać. Na przykład oprawę graficzną „Mieszka” uwielbiam. Zawsze robimy burzę mózgów, grafik pyta mnie o oczekiwania, przedstawia propozycje, a potem wspólnie szlifujemy detale. Wiem, że sam nie przygotowałbym tak dobrych projektów.
Czy uważa Pan, że współczesny pisarz musi być też sprawnym marketingowcem i influencerem, by przebić się do czytelnika? Pana profile w mediach społecznościowych są bardzo aktywne.
Zdecydowanie tak. To ułatwia wyjście do ludzi, bo czytelnik może poznać autora jako człowieka, a nie tylko nazwisko na okładce. W przypadku „Mieszka” muszę odczarowywać historię, pokazywać, że to powieść fabularna, a nie suche fakty.
Media społecznościowe są dziś kluczowe, by do kogoś trafić. Bardzo lubię ten kontakt z odbiorcami, on napędza mnie do działania. Szczególnie teraz, przy czwartym tomie „Mieszka”, odzew jest niesamowicie pozytywny. Cieszy mnie to tym bardziej, że zazwyczaj w długich seriach poziom z czasem spada, a moi czytelnicy twierdzą, że jest coraz ciekawiej.
Na koniec, patrząc z perspektywy czasu i zdobytego doświadczenia, jaką radę dałby Pan samemu sobie z momentu, gdy dopiero zaczynał Pan pisać?
Początkującym autorom zawsze mówię: „Po prostu zacznij”. To najważniejsze, żeby spróbować przelać myśli na papier i zobaczyć, co z tego wyjdzie. A samemu sobie powiedziałbym tylko: „Daniel, nie poddawaj się i pisz dalej, bo wyszło ci to!”.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.