Urząd Miasta Łodzi nie szczędzi pochwał. W komunikacie zatytułowanym „Świat docenia Łódź. Piszą o nas The Guardian, ELLE i National Geographic” wylicza zagraniczne publikacje poświęcone miastu.
Czytamy o polskiej stolicy kina i fabryk, czerwonej cegle, Piotrkowskiej, rewitalizacji dawnych zakładów przemysłowych i miejscach, które dostały drugie życie. Zagraniczni autorzy rzeczywiście piszą o Łodzi bardzo dobrze. Jest jednak część tej historii, której w komunikacie miasta nie znajdziemy.
ELLE pisze o Łodzi. Przy artykule widnieje „treść sponsorowana”
Spójrzmy choćby na materiał w węgierskim wydaniu „ELLE”. UMŁ informuje, że autorka przedstawia Łódź jako miasto filmu, murali, muzeów i pałaców fabrykantów oraz przekonuje, że można spędzić tu cały tydzień.
To wszystko się zgadza. Na stronie „ELLE” przy artykule znajduje się jednak oznaczenie „Támogatott tartalom”. Po węgiersku oznacza ono „treść sponsorowana”. Czyli - mówiąc wprost. Ktoś przyjechał i zachwycił się wskazanymi przez organizatora atrakcjami, bo za to zapłacono. Kropka.
„The Guardian” również ujawnia, kto zapewnił podróż. Na końcu publikacji znajduje się informacja, której także próżno szukać w komunikacie UMŁ.
„The trip was provided by the Polish Tourism Organisation” - pisze redakcja. Oznacza to, że podróż autora została zapewniona przez Polską Organizację Turystyczną. „The Guardian” dodaje również, że Holiday Extras zapewnił wsparcie związane m.in. z parkingiem, ubezpieczeniem, transferami lotniskowymi i hotelami.
Myśl rozwija na LinkedInie sama Łódzka Organizacja Turystyczna. ŁOT pisze wprost, że publikacja w „The Guardian” jest efektem wizyty prasowej zorganizowanej we współpracy z Polską Organizacją Turystyczną. Organizacja dziękuje też Zagranicznemu Ośrodkowi Polskiej Organizacji Turystycznej w Londynie za współpracę przy realizacji tego press tripu oraz lokalnym partnerom za pomoc podczas pobytu dziennikarza.
No i dobrze. Bo zagraniczne publikacje niewątpliwie są dla Łodzi promocją. Warto jednak wiedzieć, czy „świat docenia Łódź” całkowicie spontanicznie, czy czasem najpierw trzeba ten świat do Łodzi zaprosić i opłacić mu podróż. I nie ma w tym niczego nagannego. Tak właśnie działa promocja turystyczna. Zaprasza się dziennikarzy, układa trasę, pokazuje miejsca, którymi miasto chce się pochwalić. Łódzka Organizacja Turystyczna zresztą wcale się z tym nie kryje.
I żeby była jasność: bardzo dobrze, że takie działania promocyjne są podejmowane. Tylko po co później robić z tego newsa brzmiącego tak, jakby reporterzy z Londynu, Budapesztu czy Amsterdamu przypadkiem trafiali do Łodzi, zachwycali się nią od pierwszego wejrzenia i sami z siebie biegli pisać peany?
Sukcesem jest przecież skuteczna promocja. Nie trzeba dorabiać do niej legendy o spontanicznym zachwycie świata.
A może tak skoczyć na stare Bałuty?
EC1. Manufaktura. Księży Młyn. Monopolis. OFF Piotrkowska. Ładna restauracja, ciekawa historia, efektowna cegła. Wszystko zgodnie z planem.
Trochę inaczej mogłaby wyglądać wycieczka dziennikarza, który po prostu wyszedłby rano z hotelu i postanowił pochodzić po Łodzi na własną rękę. Bez gotowego programu i zaznaczonych na mapie punktów, przy których należy się zatrzymać i zrobić „wow”.
Mógłby na przykład zapuścić się na stare Bałuty i przypadkiem wdepnąć w reklamówkę z fekaliami wyrzuconą z okna kamienicy bez WC, w której czas zatrzymał się sto lat temu. I wtedy wizerunek miasta mógłby się zrobić odrobinę bardziej skomplikowany.
Pozostaje tylko pytanie, jaki obraz Łodzi oglądają zapraszani dziennikarze. Czy ktoś pokazuje mieszkania bez toalet, podwórka rozpadających się kamienic i piwnice, w których biegają szczury? Trudno przecież uznać trasę prowadzącą przez EC1, Monopolis, OFF Piotrkowską i Manufakturę za całą prawdę o Łodzi.
Może więc pora zorganizować alternatywny press trip - „Łódź bez filtra”. Zabrać gości na Zgierską, gdzie kilka dni temu zawalił się spory kawał rozbieranej kamienicy albo odwiedzić łódzką rodzinę, która od czterech pokoleń myje się w misce, bo w mieszkaniu wciąż nie ma łazienki. Taka wycieczka też opowiadałaby prawdziwą historię miasta. Tylko zdecydowanie mniej folderową.
A skoro Łódź tak mocno stawia na film, można pójść jeszcze dalej i zaprosić na taki trip na przykład... A co tam, niech będzie z rozmachem! Zaprośmy Quentina Tarantino.
Już widzę te tytuły na plakatach: „Pulp Łódź”, „Wściekłe szczury”, „Kill Bill... za remont” albo - mój faworyt - „Pewnego razu na Bałutach”.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.