Mamy dopiero połowa wakacji, a ja od dwóch tygodni nie mogę przestać myśleć o powrocie dzieci do szkoły. Wszystko za sprawą marketów.
A przecież najpiękniejszy dzień w roku to dla mnie ostatni dzień roku szkolnego. Serio.
Kończy się codzienna gehenna. Wchodzenie po raz czterdziesty do pokoju córki, a potem do syna i tak w kółko. „Wstawaj!”. „Za chwilę”. „Już idę”. I człowiek zaczyna się zastanawiać, ile razy dziennie można powtarzać to samo zdanie.
Uśmiecham się wtedy do siebie, a w środku słyszę chyba jakieś dzwoneczki szczęścia, szczęśliwe melodie albo przynajmniej cichy aplauz: „Udało się. Kolejny rok za nami”.
Rano wstaję i nikomu nie muszę szykować tortilli, ślimaczków z ciasta francuskiego, bo przecież zwykłej bułki z szynką to żadne nie zje. Do tego jakieś owocki trzeba umyć i batonik zbożowy naszykować, a potem to wszystko spakować do plecaków, bo przecież inaczej zapomną zabrać.
Wiem, że stroje na piłkę i taniec mogą sobie spokojnie poleżeć w koszu. Nie muszę ich prać i wieszać na kaloryferze, żeby jakimś cudem do rana wyschły.
Czuję się jak królowa, gdy w niedzielę mogę obejrzeć ulubiony serial, zamiast zbierać kasztany o północy, bo przecież pani trzy tygodnie temu powiedziała, że jutro trzeba przynieść.
Moje wakacyjne szczęście trwało jednak zaledwie sześć dni. Rozumiecie? Sześć dni! Bo któregoś dnia weszłam do Biedronki i zobaczyłam to...
„Do mojej szkoły idę!” - specjalna oferta na wyprawkę szkolną. No normalnie z nóg mnie ścięło.
W dodatku musiałam stanąć w długiej kolejce do kasy pomiędzy dwoma regałami, które uginały się od zeszytów w kratkę, linie, kółka, trójkąty i diabli wiedzą, co jeszcze.
Z jednej strony zerkały na mnie krwiożercze gumki w kształcie kapibary, a z drugiej długopisy ze złowieszczo szczerzącym zęby awokado.
Zrobiło mi się słabo.
Uderzenie gorąca spowodowało, że serce zaczęło mocniej bić. „To koniec” - pomyślałam. Za chwilę te regały zacisna się wokół mnie i zgniotą moje marne jestestwo.
Gdy miałam już wysłać ostatniego, pożegnalnego esemesa do rodziny, nagle wyratował mnie fakt, że doszłam do kasy. Zabrałam swoje zakupy i wybiegłam jak strzała ze sklepu.
I wiecie co? To powinno być zakazane. Naprawdę.
Kurczaczki przed Bożym Narodzeniem i czekoladowe mikołaje przed Wielkanocą to pikuś. Nikomu krzywdy nie robią. Ale straszenie rodziców 1 września od samego początku lipca? To już jest prawdziwe przegięcie!
Dajcie nam jeszcze chwilę.
Jeszcze przez moment chcemy udawać, że wrzesień nie istnieje.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.