Reklama

Reklama

Wmówić można sobie wszystko…

Opublikowano: czw, 2 kwi 2020 12:37
Autor:

Wmówić można sobie wszystko… - Zdjęcie główne

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości Łódź Wmówić można sobie wszystko. Nawet to, że poszczę, kiedy nie poszczę, że odmawiam sobie czegoś, gdy faktycznie jest inaczej. 

Reklama

Post, który nie jest postem

Dlaczego? Czy jeśli w piątek zjem ulubioną rybę zamiast mięsa, może nawet droższą, niż tradycyjny schabowy kupiony w promocji, to czy to jest post? Formalnie jest, bo Kościół wzywa do powstrzymania się od pokarmów mięsnych. Ale co to ma z postem wspólnego?

Można sobie też wmówić np., że jeśli będę w kościele codziennie, to będzie rodzaj postu. No, ale jeśli w ciągu roku też staram się być codziennie na Mszy Świętej, to gdzie tu post? Może byłby wtedy, gdybym poszedł dwukrotnie i znam takie osoby, które to czynią w tygodniu nawet regularnie. Tylko, czy to nadal będzie forma umartwienia?

A może umartwieniem będzie właśnie zrezygnowanie z udziału w Eucharystii? Niektórzy sądzą, że tak. Z zapałem przyjmują argumentację, że skoro można sobie uczynić złotego cielca także z udziału w mszach, czy nabożeństwach i być może „rutynowego” przyjmowania Komunii Świętej, to fakt, że teraz Pan nam odbiera ten przywilej można wykorzystać pozostając w domu i modląc się szczerze we własnej izdebce.

Pytanie, na ile będzie to post, a na ile wygoda? O ileż łatwiej jest posłuchać relacji w telewizji, zwłaszcza ze swoim ulubionym kapłanem, który powie piękną homilię. Kiedy można uronić łzę i westchnąć wtedy - „Panie Jezu, jaka szkoda, że nie mogę Cię przyjąć do swego serca w sakramencie Eucharystii.” Westchnąć, po czym zająć się swoimi sprawami. Ale gdzie tu post? Że, niby taki post duchowy, bo sobie odmawiam? To prawda, w określonych sytuacjach jest możliwość przyjęcia tzw. Komunii Św. Duchowej. Jasne! Kościół też nie nakłada obowiązku uczestniczenia w liturgiach w ciągu tygodnia, za wyjątkiem świąt nakazanych, a obecnie biskupi poszczególnych diecezji udzielają także dyspensy od osobistego udziału we Mszy Świętej w niedzielę, pod warunkiem uczestniczenia w Liturgii za pośrednictwem środków masowego przekazu. Transmisji jest obecnie wiele w telewizji, radio, czy w internecie. Tylko czy prawdą jest, że osoby całkowicie zdrowe, które nie są w grupie podwyższonego ryzyka i  na co dzień wychodzą z domu, aby zrobić zakupy, pójść na pocztę, czy na krótki spacer, także mają traktować odmawianie sobie karmienia się Ciałem Pańskim, czy choćby adoracji Najświętszego Sakramentu w otwartych przez cały dzień kościołach, jako element postu?

Gdyby to odmawianie sobie groziło śmiercią lub kalectwem, albo pozbawieniem rodziny środków do przeżycia, to jest oczywiste, że należałby z dyspensy skorzystać w pełni. O ile, w nie tak dawnych przecież jeszcze czasach, praktyki religijne w obozie koncentracyjnym, czy na zsyłce, mogły się dla przyłapanych skończyć bardzo źle, to dziś takiego zagrożenia nie ma. Owszem, można sobie wmawiać, że skoro tylko 5 osób na Mszy Św., to znaczy że kościoły są praktycznie zamknięte. No, bo się nie dostanę. Będę, w najlepszym razie, tą szóstą, albo dziesiątą osobą, której już odmówią…

Teoria i praktyka

Jasne, można tak myśleć i nie sprawdzać. Okazuje się jednak, że w praktyce w wielu miejscach tak nie jest, że są księża, którzy nie wyrzucają wiernych z kościoła tylko dla tego, że przyszły 3 osoby więcej, a skoro przepis jest absurdalny, to znajdują inny sposób, który umożliwia wiernym bezpieczny udział w tym, co jest esencją Kościoła. Bo, jak napisał słusznie, a nie jest to głos odosobniony, arcybiskup prof. Andrzej Dzięga:


„Tylko nadzwyczajne okoliczności mogą zatrzymać ucznia Chrystusa, aby nie uczestniczył osobiście w Świętej liturgii. Chrześcijanin nie może bowiem żyć bez Eucharystii. Chrześcijanin bez Eucharystii umiera.”  

Dlatego zdarza się w parafiach, że któryś z wiernych, na tę jedną, czy dwie Msze Święte, staje się ministrantem, choć na co dzień nim nie jest, bo służby liturgicznej ten restrykcyjny zakaz, na szczęście, nie dotyczy. Byli i są też proboszczowie, którzy nawet zaryzykowali wysoką karę, aby kilku parafian więcej, mogło jednak do sakramentu Eucharystii przystąpić. Przy czym słowo „więcej” dotyczy 2-3 osób, co łącznie daje ich liczbę i tak co najmniej kilkukrotnie niższą niż (nawet po zaostrzeniu przepisów) choćby w autobusie, czy markecie, a też i w znacznie większej od siebie odległości, jako że powierzchnia kościoła, nawet małego, jest w mieście kilka do kilkunastu razy większa niż autobusu czy tramwaju, o większości popularnych marketów nie wspominając. Ponadto kapłani udzielają często samej Komunii Świętej tam, gdzie liczba osób jest zbyt duża, aby wszystkich na liturgię eucharystyczną zaprosić. Jest taka możliwość, tylko, czy chciało mi się to sprawdzać? A może zwykły lęk już wszystko tłumaczy i usprawiedliwia?

Bardzo piękne są słowa szczecińskiego arcybiskupa, które zapadają w pamięć:

„To jest ten sam Chrystus, do Którego podeszła niewiasta cierpiąca na krwotok, mówiąca: bylebym się rąbka Jego szaty dotknęła, a będę zdrowa. Została uzdrowiona, bo to było dotknięcie JEGO szaty. To ten sam Chrystus, Który widząc żebraka, od urodzenia niewidomego, uczynił błoto i nałożył na jego oczy, a następnie polecił: idź, obmyj się w sadzawce Siloe. A gdy ten się obmył – odzyskał wzrok. Nie dlatego odzyskał, że ktoś nałożył mu jakieś błoto na oczy, ale dlatego, że to Chrystusowa dłoń to błoto nałożyła. Chrystus uzdrawia wierzących nawet poprzez szatę naciskaną w tłumie, nawet przez błoto, gdy JEGO WOLĄ jest nakładane. Trzeba tylko uwierzyć całym sercem. Trzeba uznać, że to o NIEGO chodzi. Chrystus nie roznosi zarazków ani wirusów. Chrystus rozdaje Świętą czystość i Życie, przywraca zdrowie.” – cytat z listu pasterskiego arcybiskupa, za który spadła na Jego głowę fala krytyki, o dziwo, płynąca również z wnętrza samego Kościoła i nikt nie stanął, nawet dla zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, w obronie kapłana.

No, bo jakże to tak. Żyjemy w XXI wieku, to przecież wiadomo, że w wodzie mogą być zarazki, a na opłatku, to już na pewno siedlisko całe…

Ciekawe, że nikt się w kościele dotąd nie zaraził, chociaż jeszcze nie dawno nie było ograniczeń, a potem do 50 osób. No, to przecież prawie 2x tyle, co teraz w autobusach. Setki ofiar powinny być, a tu żadnej… We Włoszech, kraju wielu cudów eucharystycznych, co innego, tam zamknęli. Całe szczęście, bo ofiar by było już z 50 tyś do tej pory, jak nic! Prawda? Zamknęli, ale niestety nie pomogło.

Pomijając nawet kwestie wiary, to kościół jest akurat jednym z bezpieczniejszych miejsc, bo w każdej parafii dostępne są przy wejściu i przy ołtarzu środki dezynfekcji, kapłani dezynfekują dłonie kilkakrotnie w trakcie liturgii, a wierni są od siebie oddaleni o minimum około 3 metry, a w większości parafii, nawet o 10 metrów. Podobnie by było także i przy 50 osobach, a obecnie nawet licząc ze służbą liturgiczną jest osób jednocześnie nie więcej niż 7-8, na niektórych mszach 3-5 ale razem z kapłanem… Tymczasem w marketach rzadko można spotkać dostępnie ogólnie środki do dezynfekcji, a na poczcie pani mi powiedziała, że owszem, są, ale tylko dla pracowników. Ewentualnie, wyjątkowo może mi psiknąć na dłonie. Sympatycznie, ale czy bezpieczniej niż w kościele?

Czego naprawdę pragnę?

Może jednak warto odpowiedzieć sobie najpierw na pytanie, czy ja w ogóle mam jakieś pragnienie Eucharystii? A może jest tak, że to bardziej niedzielny, albo sobotni rytuał, który dobrze jest mieć za sobą, przy okazji wypełniając zadość wymaganiom KKK. Czy może moim większym pragnieniem jest poczucie spełnienia koniecznego dla katolika obowiązku, a przy okazji spotkania się ze znajomymi, czy przyjaciółmi? A teraz nawet jest mi na rękę, że ten brat, który siada często obok, albo gdzieś blisko i mnie denerwuje, nie będzie opowiadał głupot po Mszy, albo ta siostra, co siedzi za mną i zawsze tak głośno śpiewa, a do tego jeszcze przeszkadza i telefonu nawet nie wyłączy… to może nawet lepiej, że teraz taki czas. Trochę inny, ale w sumie bardzo dobry. No, bo nawet kapłani mówią, że to taki post w poście, dodatkowy. Pod krzyżem też było tylko pięć osób. Jak to ładnie Pan przewidział, akurat na te Święta. Nie każdy może skorzystać z sakramentu Eucharystii, bo Bóg może mu to zabrać. Prawda?

A może jednak to jest taka prawda, która tylko pięknie wszystko tłumaczy i zatrzyma Cię w domu? No, bo ryzyko jednak jakieś jest, a poza tym trzeba być odpowiedzialnym, żeby nie zarazić bliskich itd., itp. Czy chodzi o brawurę? Nie! Tego nikt od Ciebie nie wymaga.

Kościoły nie są jednak zamknięte (przynajmniej na razie) i jeśli rzeczywiście chcesz skorzystać z sakramentów, to nikt i nic Ci w tym nie przeszkodzi, chyba że choroba, albo zaawansowany wiek. A może właśnie Bóg zabierze Ci Eucharystię dlatego, że za mało się starasz, że chcesz korzystać z niej tylko „od święta” i wtedy, kiedy jest Ci wygodnie?

Może wcale nie ma być wygodnie, tylko trochę trzeba się postarać?
Może zostać na adoracji do kolejnej i jeszcze kolejnej mszy, bo na poprzednich zabrakło w tej piątce miejsca dla Ciebie, ale kiedy Pan zobaczy, że naprawdę bardzo tego pragniesz, to nie pozostanie obojętny. Wiem, co piszę, bo mam takie doświadczenie. Ale jeśli postanowisz zostać w domu, to się o tym nigdy nie przekonasz! I tu nie chodzi o to, żeby wszyscy masowo teraz ruszyli do świątyń, bo jeśli są jakieś przeciwskazania medyczne, na przykład związane z wiekiem, czy inne, to trzeba zachować rozsądek. Jeśli jednak ich nie ma, to z pewnością kościół jest bezpieczniejszym miejscem niż hipermarket, czy autobus, nawet, jak wspomniałem wyżej, gdyby całkowicie pominąć aspekt wiary. Takie są po prostu fakty.

Pamiętamy z Księgi Rodzaju (Rdz 3,1-24) fundamentalne kłamstwo szatana, pod postacią węża, który wlał w serce Ewy tę myśl, że jeśli Pan Bóg zabrania im jeść z jednego drzewa, to w gruncie rzeczy tak, jakby zabraniał im w ogóle kosztować owoców. Pan Bóg ich ogranicza, to znaczy, że tak naprawdę ich nie kocha. A czy nie przychodzi nam do głowy myśl, że skoro teraz w czasie Eucharystii może być tylko 5 osób, to w zasadzie jest tak, jakby Mszy w ogóle być nie mogło, a zresztą co to za Msza Święta na 5 osób? Powinno być ich więcej, bo jeszcze nigdy tak w poście nie było, a już zwłaszcza w niedzielę. To skoro tak, to właściwie, jakby kościoły były zamknięte… Prawda?

Jaki post jest najlepszy?

Pewnie zadawaliśmy sobie podobne pytanie wielokrotnie. Nie chodzi tu o jakieś moralizowanie, bo każdy z nas jest inny i posiada też własną wrażliwość. Mamy swoje różne mniejsze, czy większe postanowienia i ofiary na ten szczególny czas. Czy lepsze będzie nałożenie na siebie różnego rodzaju ograniczeń, które poskramiają ciało, czy ducha? Oczywiście, można sobie odmówić słodyczy, alkoholu, kawy itd., Można też po prostu spróbować choć raz, a może dwa dni w tygodniu faktycznie pościć do obiadokolacji, a jeśli się uda wytrzymać, to i 24 godziny, wykonywać przy tym uczynki miłosierdzia, dawać jałmużnę, ale jednak karmić się Ciałem Pańskim, bo to Pokarm prawdziwy. Jeśli w to nie wierzysz, jak masz uwierzyć, że Chrystus nie przychodzi w Eucharystii z koronawirusem, żeby Cię zabić, ale kocha Cię naprawdę i nie pozwoli, żeby stała Ci się krzywda? Czy nie jest przykrym widokiem, na szczęście chyba jednostkowym, kiedy kapłan unosi w górę hostię w jednorazowych rękawiczkach? Czy on w ogóle jeszcze ma wiarę, że jego dłonie są w chwili konsekracji święte, bo trzymają Ciało Pańskie? Czy wierzy, że to nie jest tylko jakimś teatrem dla wiernych?

Można by powiedzieć, że kiedyś wszystko było to o wiele prostsze. Pamiętacie tę scenę z Księgi Liczb (Lb 21,4-9), (czytanie z wtorku tego tygodnia), kiedy Izraelici mają dość swojego „postu”. Pan ich żywi i nie daje umrzeć, ale oni chcą wody. Tu i teraz! I co robi Bóg? Posyła im węże. Małe żyjątka, które jednak widać gołym okiem. Tak! Izraelici mają szansę. Oni wiedzą, że kiedy zostali ukąszeni, muszą patrzeć na miedzianego węża na palu, bo inaczej umrą. A my? Naszego współczesnego „żyjątka” nie widać i możemy przeoczyć ten moment, kiedy nas ukąsiło. A może już dawno przeoczyliśmy ten moment, kiedy zostaliśmy ukąszeni o wiele poważniej, niż może to uczynić koronawirus… I to jest, paradoksalnie, większa tragedia, bo jeśli nie znajdziemy szybko naszego „Węża Miedzianego”, to będzie problem. Czy wiele osób w ogóle myśli o tym w taki sposób?

To prawda, ze wszystkiego można uczynić sobie bożka, swojego idola, którego będziemy czcić i podziwiać, budując własne ego, pychę itd. Można przyjmować Ciało Pańskie w sposób magiczny, traktując je jak talizman, albo budować jakieś poczucie wyższości wobec innych.  No, bo skoro jestem w kościele częściej, no to pewnie jestem lepszy, prawda? Nie prawda! Jeśli Pan Cię zaprasza i rzeczywiście czujesz głód, to znaczy, że jesteś raczej gorszy, a nie lepszy, bo „Lekarza nie potrzebują zdrowi, ale ci, którzy się źle mają” (Mk 2,17) i to właśnie do nich Chrystus chce przychodzić najpierw.

Można łatwo też przesadzić w drugą stronę i pójść w protestantyzację naszego katolicyzmu. Tak, tak już słyszę, że ten katolicyzm taki przaśny i taki nudny. Do tego jeszcze czasem patriotyczny i patetyczny, bogoojczyźniany, radiomaryjny itd… Owszem, bywa i taki. I Bóg sobie z tym jakoś radził przez ponad tysiąc lat polskiej historii. Kościoły były pełne i wiara przetrwała. Możemy dziś powiedzieć stop! Teraz są inne czasy, więcej wiemy, dbamy o higienę i zdrowie. Bóg powinien być w naszym sercu, w izdebce w czasie modlitwy, w drugim, który jest Chrystusem, a w kościele może i też, ale to już nie takie znowu ważne, bo istotą jest to co mamy naprawdę w swoim sercu. Religijność naturalna? No, może nie jest zła sama w sobie, ale nie przesadzajmy… Tak?

Tylko, że to już było! W Niemczech w konfesjonałach stoją teraz wiadra z mopem, bo czasem trzeba umyć posadzkę dla zwiedzających. Ludzie, owszem zdarza się, że przychodzą, ale za mało i zbyt rzadko, żeby opłacało się utrzymywać tyle świątyń. To przecież takie świetne, obszerne miejsca na klub, dyskotekę, czy średniej wielkości market, albo tak jak we francuskim Rouen, gdzie chcą przeznaczyć świątynię na pijalnię piwa. Szkoda, żeby się taka przestrzeń marnowała. Prawda? Więc sprzedają, bo biznes, jest biznes. Po co księża, skoro do spowiedzi nikt się nie wybiera? Wystarczy jeden. Może sobie jeździć od kościoła do kościoła i też będzie ok… Więc jeździ, ale czy jest ok? Czy tego właśnie chcemy?

Głód sakramentów

Kiedy zniknie głód sakramentów, zaczną znikać świątynie. Rozmawiam z kapłanami. Mówią, że po tym wszystkim już nic nie będzie wyglądało tak samo. Polski Kościół również. Jeden z nich pyta retorycznie, to jak to jest? Dotąd, przez całe lata staraliśmy się, aby wiernych w kościele było jak najwięcej, a teraz każą nam ich wyrzucać? Nikt nie protestuje? Czy to nie jest absurd? Ktoś powie, że to dobrze, bo potem zostaną tylko ci najwierniejsi, Kościół się oczyści, będzie lepszy, a teraz przecież jest stan wyższej konieczności, że pokora, posłuszeństwo, że trzeba to zrozumieć i akceptować, a dzięki temu głód Eucharystii będzie jeszcze większy. Naprawdę? Otóż, nie będzie! Ponieważ ci, którzy ten głód odczuwają, starają się go zaspokoić. Zawsze, bez względu na to, czy jest stan wojenny, stan klęski żywiołowej, czy stan „normalności”. A tradycją było nawet, że to w stanach zagrożenia właśnie ten głód się ujawniał bardziej i ludzie modlili się częściej w świątyniach akurat wtedy. Popatrzmy na świętych. Co robił św. Andrzej Bobola w Wilnie w trakcie wielkiej epidemii? Spowiadał, udzielał sakramentów, pocieszał chorych, a nawet grzebał umarłych. Bez lęku? Przecież wiedział co robi.  A jednak przeżył jeszcze 27 lat, zanim został zamordowany, zresztą w okrutny sposób, przez Kozaków. Arcybiskup Mediolanu św. Karol Boromeusz nie zakazywał Mszy, a nawet, kiedy władze miasta w czasie epidemii ospy nakazały zamknąć katedrę, w wybudowanym szpitalu polowym umieścił ośmioboczną kaplicę, tak by z każdego miejsca chorzy mogli widzieć Mszę Świętą i sam też odwiedzał, także tych w najcięższym stanie. To był rok 1577. Wbrew pozorom, hierarcha doskonale znał zasady higieny, nakazywał dezynfekcję rąk i narzędzi octem i utrzymywanie czystości, wiedząc też, że oddech chorych może być niebezpieczny. Mimo to, działał i był przy nich. Dlaczego? Widocznie wierzył w działanie Eucharystii i że w czasie epidemii jest Ona nie mniej ważna, a dla wielu nawet bardziej niż w każdym innym czasie. Przykłady można by mnożyć - posługujący w szpitalu św. Roch w XIII wieku w Montpellier, w okresie dżumy. Choć się zaraził, przeżył. Nasz św. Szymon z Lipnicy – franciszkanin, który pomagał chorym w Krakowie w 1482 roku w czasie epidemii cholery. W czasie zarazy w XV wieku posługiwała chorym franciszkańska tercjarka, późniejsza święta - Katarzyna Genueńska, itd. Nie przyszłoby im nawet pewnie do głowy, że Eucharystia może ich przywieść do śmierci. Może zatem znacznie gorsza jest epidemia strachu?

Lęk nie pochodzi od Boga

Dziś optyka się zmienia? Cóż, to przecież decyzje rządowe, z czym tu dyskutować. Vis maior. Biskupi, jestem przekonany, także starają się dbać o swoich wiernych i dlatego często mówią „zostańcie w domu”. Tylko czy wszyscy i czy zawsze? Skoro można pójść na spacer, to można też z pewnością uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem, a jeśli Pan będzie łaskawy, to znajdzie się także miejsce przy Pańskim stole.  Śpiewamy: „Bo tu już nie ma chleba, to Bóg, to Jezus mój”, ale czy naprawdę w to wierzymy?

Czy tak bardzo dziwne i nienaturalne byłoby pragnienie, aby stanąć pod krzyżem właśnie wśród tych pięciu świętych osób? Kościół naucza, że w sytuacji niemożności przystąpienia (czy uzyskania) sakramentu, wystarczy jego pragnienie. Mówi o tym m.in. Dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii z roku 1551, który był owocem Soboru Trydenckiego.:

„Odnośnie do korzystania z tego świętego sakramentu ojcowie nasi słusznie i mądrze rozróżnili trzy sposoby jego przyjmowania. Uczyli, że: jedni przyjmują go tylko sakramentalnie, jak grzesznicy; inni tylko duchowo, mianowicie ci, którzy w pragnieniu spożywając ów podawany niebiański chleb – żywą «wiarą, która działa przez miłość» –odczuwają jego owoc i pożytek; inni wreszcie przyjmują go zarówno sakramentalnie, jak i duchowo” (przekład z Eucharystia w czasach zarazy – Więź 3/9/20 )

Pragnienie wystarczy, ale czy Ty masz pragnienie?

Bardzo chciałbym się pomylić, jednak nie łudźmy się. Ci, którzy nie odczuwają nawet lekkiego ssania z powodu braku sakramentów, nie mówiąc już o jakimkolwiek głodzie, zostaną na co dzień z mszą w telewizorze, albo internecie, a po jakimś czasie uznają być może, że to chyba w ogóle jest jakiś przeżytek (Msza, nie telewizor). Jasne, że nie wszyscy i nie wszędzie. Kościół przetrwa, bo to Chrystus jest Jego gwarantem, a nie człowiek, ze swej natury słaby i zmienny jak chorągiewka.

Czy to znaczy, że mamy siedzieć spokojnie i czekać? A może właśnie post, to dobry moment, aby karmić się bardziej obficie Słowem, ale też by uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem modląc się i oddając Panu dziesięcinę także ze swojego czasu. Być może nadchodzący kryzys sprawi, że jedyne, co będziemy mogli Panu Bogu rzeczywiście ofiarować, to właśnie nasz czas. Tylko te 10% z 24 godzin. Na modlitwę i uczynki miłosierdzia. To dużo? W poście, który się właśnie kończy? Mimo wszystko spróbujmy…


Przedstawione w artykule tezy są subiektywnym poglądem autora i nie muszą odzwierciedlać zdania innych członków Redakcji.

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

Lubisz newsy na naszym portalu? Załóż bezpłatne konto, aby czytać ekskluzywne materiały z Łodzi i okolic.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.